<?xml version="1.0" encoding="iso-8859-2"?>
<rss version="2.0">
<channel>
<title>Czujcie się jak w Norze!</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl</link>
<description></description>
<language>pl</language>
<docs>http://backend.userland.com/rss</docs>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=89#p89</link>
<guid isPermaLink="false">89@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Tekst turniejowy. Dedykowany urodzinowo Matyldzie. Wszystkiego najlepszego!<br /><br />Betowała Morwena<br /><br /><strong>Zgubić zmysły</strong><br /><br />Nie wiesz, kiedy są, a kiedy ich nie ma. Przychodzą bezszelestnie, otulone mrokiem i bezcielesne. Tylko powietrze jest inne. Cięższe.<br /><br /><br /><br />Jest zimno. Chłód rodzi się gdzieś w głowie, spływa po karku w dół, do serca. Tam miesza się z wilgocią i staje się jeszcze bardziej lodowaty. Razem &#8211; lód i woda &#8211; wędrują dalej, aż do palców stóp, które sprawiają wrażenie, że zaraz odpadną. A potem pójdzie już szybko &#8211; człowiek rozpadnie się na malutkie kawałeczki i po prostu go nie będzie. Mróz powoli wycofuje się z palców i pełznie do góry, wspina się znów do klatki piersiowej, zabiera oddech. Ciągle wędruje, ale nigdy tak naprawdę nie znika.<br /><br /><em>- Kochanie! Nie zapomnij czapki! - krzyczy za tobą jakaś staruszka; wybiegasz za próg i rozkładasz szeroko ręce. Z nieba sypie śnieg, wiatr wprawia płatki w ruch, osiadają na twoich włosach. Rzucasz się w tył, padając na plecy, czujesz zimno przenikające od stóp do głów. Jest przyjemnie dopóty, dopóki w myślach paruje ci kubek kakao.</em><br /><br />Jest zimno. Ściany są ciężkie, kamienne. Na środku podłogi widnieje jasny, wąski ślad, szlak szaleńca szukającego swoich zgubionych zmysłów. A może przeciwnie; to szlak kogoś, kto chce je zgubić. Czasem można wyczuć na ścianie kropelki wody, ale tylko czasem. Prawdopodobnie nigdy ich tam nie ma, to tylko palce spragnione dotyku deszczu, czystości spadającej prosto z nieba, oszukują umysł. Materac na łóżku jest prawie miękki, ale nie można przenieść posłania na środek celi. Od ścian bije chłód. Koc nie pomaga.<br /><br /><em>Siedzisz na zimnym, marmurowym nagrobku. Całe twoje ciało jest skostniałe, tylko jedno przedramię pulsuje ogniem i wydaje się jakby cięższe. Nie ruszasz się w nadziei, że w końcu zamienisz się w lodową rzeźbę. Wiosenne słońce świeci ci bezczelnie w twarz, zmuszając cię do histerycznego śmiechu. Czy posągi się śmieją? Czujesz na ramieniu lekki dotyk i mimowolnie odwracasz głowę, przez co zapada się twój cokół. Okazuje się, że nikogo za tobą nie ma. Podrywasz się gwałtownie. Dzisiaj nie jest odpowiednim dniem na skamienienie.</em><br /><br />Jest ciemno. Trzeba zacisnąć powieki. Na tyle mocno, by nie widzieć nic, naprawdę nic. Zgubić wzrok. Zgubić choć jeden ze zmysłów, nie patrzeć wstecz; nie patrzeć w przód. W mroku dnia łatwiej się odnaleźć, zawisnąć i nie być. Światło nie jest dobre, podobno nigdy nie było. Gdy tylko otworzysz oczy, ledwie uchylisz powieki, wdziera się przez nie jasność. Widać wtedy wszystko. Wszystko, czego nie chcesz widzieć, czego nie chcesz pamiętać. Zawsze byłeś niczym mały kociak, ślepy i głupi.<br /><br /><em>- Zgaś światło &#8211; prosi. Szepczesz ciche </em>Nox<em> i pokój pogrąża się w mroku. Chciałbyś ją zobaczyć, ale ci nie pozwala. Możesz tylko smakować ją dotykiem. Całujesz delikatnie i zastanawiasz się, co dalej. Świecące w ciemności oczy, rozsypane na poduszce jasne włosy.&nbsp; &nbsp; Ciemność otula was lekko, prowadzi spokojnie i rozważnie. Dopóki trwa, czujesz się pewniej. Aż do nadejścia poranka.</em><br /><br />Jest ciemno. W mroku można poczuć się bezpieczniej. Można nawet uchylić lekko powieki, noc zmiękcza kontury. Ciemność nie jest tak irytująca jak światło. Można się w niej zatracić, poczuć prawdziwie sobą. Nawet jeśli nigdy wcześniej się tak nie czułeś; nawet jeśli teraz też się tak nie czujesz. W czerni nocy możesz otworzyć oczy i nie przeszkadza ci to, że nie pamiętasz swojego imienia. Możesz być numerem; możesz być Johnem; możesz być kimkolwiek. Czymkolwiek. Bo tym właśnie jesteś &#8211; bezimiennym Śmierciożercą. <br /><br /><em>- Zostań &#8211; mówisz. Chcesz jej powiedzieć, że dasz sobie radę, że nie trzeba. Lampy wiszące pod sufitem dają ostre światło, które nie pozwala ci powiedzieć tego, co ściska w gardle. Mrużysz więc oczy, wplatasz palce między jej krótkie, ciemne włosy i czekasz. Mówi to, co chcesz usłyszeć; mówi to, czego słyszeć nie chcesz. Jednocześnie, bez różnicy. <br />- Polecę, załatwię nam mieszkanie, damy radę. Tam cię nie znajdzie, to inny świat, uwierz, nie musisz tego robić, nie musisz, nie musisz &#8211; mówi gorączkowo, wpija się w twoje usta i już biegnie, bo mechaniczny głos zapowiada jej samolot. Chcesz jej powiedzieć, że to niepotrzebne, że jesteś gotów odciąć swoje ramię, ale jej już nie ma. Zaciskasz mocno powieki i wychodzisz na deszcz.</em><br /><br />Jest cicho. Cisza pulsuje w głowie niczym muzyka. Niczym irytująca, zasłyszana mimochodem melodia, która nie chce wyjść z głowy. Nie słychać nawet jednostajnego kapania wody; kropel, których przecież nie ma. Zakrywasz dłońmi uszy. Przyciskasz je płasko do głowy, mocno, mocno, najmocniej, jak się da. Palce przylegają idealnie, jakby to tam było ich miejsce. Toniesz w tej ciszy, a ona pulsuje gdzieś za twoimi oczami i nic, nic nie możesz zrobić poza kołysaniem się w rytm tej nieistniejącej melodii, ciszy. <br /><br /><em>Hogwart nocą nigdy nie jest do końca cichy. Słychać pomiaukiwanie i szuranie butów i szczotki. Gdy odległość jest zdecydowanie niebezpieczna, można dosłyszeć również posapywanie woźnego. Wieczorne przechadzki są jednak niczym w porównaniu do szeptów dnia. Nachalnych, sączących się do ucha niczym trucizna. Słowa są złe, ale głosy tak delikatne; obiecują potęgę. Przysięgają nowy, lepszy świat. Szepty szybko, coraz szybciej stają się myślami. Myśli nasączone Ognistą Whisky krążą niespokojnie, ale wciąż podążają w jednym kierunku. I nic nie możesz na to poradzić. </em><br /><br />Jest cicho. Przez większą część doby nie słychać nic. Mógłbyś usłyszeć cichy szept brudnego prześcieradła i swoich spodni, gdybyś tylko chciał, mógłbyś usłyszeć. Gdzieś daleko rozbrzmiewa jednostajny jęk, jest już tak znajomy, że stał się elementem ciszy. I już nie wiesz, czy ten stan jest dobry czy nie. Czy warto zgubić i ten zmysł? A może to już się stało... Nie wiesz, czy ty też krzyczysz. Nie słyszysz, nie czujesz, czy twoje usta wydają dźwięk. Dlaczego teraz miałbyś protestować? Przecież nigdy tego nie umiałeś!<br /><br /><em>- To rozkaz, rozumiesz?<br />Mężczyzna wymierza ci bolesny policzek. W uszach zaczyna dzwonić, zęby uderzają o siebie mocno. W oddali, a może to całkiem blisko, słychać krzyki. Musisz pozostać posłuszny, chcesz pozostać posłuszny. Ta wioska jest pełna mugoli, nic nie znaczących ludzi, którzy muszą ci za to zapłacić. To oni zabrali ci te krótkie, postrzępione ciemne włosy i dołeczki w policzkach. Jesteś tylko szarym żołnierzem, rozkazują ci ludzie, którzy widzieli Pana ledwie kilka razy. Karmią cię pustymi słowami, które to ty obdarzasz sensem. </em><br /><br />Jest mokro. Powietrze jest przesiąknięte wilgocią, z trudem przechodzi przez nos, nie chce wypełnić płuc. Zdaje się, że woda wyparła z niego wszystkie zapachy. Twój węch nie chce się zgubić. Uporczywie przypomina ci aromat magii, suchość powietrza zbierającego się blisko twojej skóry. Po zaklęciu pachnie tak jak po burzy, takiej z piorunami i błyskawicami. Wciskasz nos pomiędzy kolana, starasz się poczuć jedynie ten zapach. Przynajmniej on się nie zmienił.<br /><br /><em>- Wiesz, że nie możemy. - Twój wzrok mimowolnie wędruje do skażonego ramienia. Siedzicie obok siebie na ławce w cieniu drzew. Pod wami śpi rudy kot. Obejmujesz ją zdrową ręką i zanurzasz twarz w ciemnych włosach. Pachnie wiatrem i śmiechem. Odwraca głowę i cię całuje. Nie musi powtarzać po raz setny, że dacie sobie radę, a wojna nie może trwać wiecznie. Słyszysz, jak szepcze o nowym domu, o dzieciach, ślubie i o tym, jak się kiedyś zestarzejecie. Zbiera się na burzę, powietrze pachnie świeżo i przynosi nadzieję. </em><br /><br />Jest mokro. Nie można oddychać pod wodą! Powietrze stoi w miejscu, ma konsystencję kamienia, nie miesza się i nie wędruje. I nie wiadomo, czy ma zapach. Czasami od krat przychodzi do ciebie, popchnięte przez czyjeś pośpieszne, bojaźliwe kroki. Przynosi wtedy zapach zwykłej wody kolońskiej, mocnej i męskiej. Drażni nozdrza, odszukuje na nowo prawie już zgubiony zmysł. A potem przesycone zapachem powietrze gęstnieje, kamienieje i można zapomnieć o tym, że cokolwiek się wydarzyło.<br /><br /><em>Dusisz się powietrzem przesyconym zapachem jej perfum. Nie obchodzi cię, co stało się z tym mugolskim śmieciem. Mógł wpaść do wody, rozbić się spektakularnie o ziemię albo spłonąć w powietrzu. Ważne jest tylko to, że jedyne, co ci po niej zostało, to zapach pozostawiony wczoraj na twojej poduszce. </em><br /><br /><br /><br />Nie wiesz, kiedy są, a kiedy ich nie ma. Przychodzą bezszelestnie, otulone mrokiem i bezcielesne. Tylko powietrze jest inne. Cięższe.]]></description>
<pubDate>PoniedziaĹek 21 Luty</pubDate>
<comments>PoniedziaĹek 21 Luty</comments>
</item>
<item>
<title>[M] Piasek z klepsydry</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=88#p88</link>
<guid isPermaLink="false">88@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Kilka słów wstępu.<br />To jest tekst turniejowy po wielu poprawkach. Warunkiem była inspiracja dowolną piosenką Czerwonego Tulipana &#8211; ja wybrałam &#8222;Taniec życia&#8221; i to właśnie jej fragment umieściłam przed tekstem. Piosenkę można znaleźć na wrzucie, gdyby ktoś był zainteresowany. Kolejną inspiracją (tym razem poza konkursem) była pewna scena z trzeciego filmu. Pamiętacie zdjęcie z nocnego stolika Pottera? Lily i James <em>tańczą</em> Gdy tylko wybrałam piosenkę postanowiłam zadedykować ten tekst mojej niezastąpionej becie &#8211; Morwenie. *obwiązuje kokardką* Dziękuję Ci ślicznie :* <br /><br /><br /><strong>Piasek z klepsydry</strong><br /><br /><p class="right">tańcz <br />tańcz<br />tańcz<br />ze mną <br />całe głupie życie<br />powoli<br />powoli<br />odnajdźmy jego smak<br /><br />Gdy opadły emocje, gdy wszystko było już dobrze, wybudował dom. Nie wyobrażał sobie jednak prawdziwej rodzinnej atmosfery bez długich wieczorów spędzanych przy ogniu, w czasie których wysłuchałby o wszystkich radościach i smutkach swojej rodziny. Dlatego wybudował w salonie ogromne czarodziejskie palenisko zwieńczone szerokim gzymsem. Półka z łatwością mogła pomieścić wiele przedmiotów, ale ustawił na niej tylko pięć ramek ze zdjęciami i pustą klepsydrę. Harry bardzo starannie wybrał fotografie z jedynego rodzinnego albumu, jaki posiadał. Każdą z nich opisano na odwrocie; jedynie krótka notatka i data. Nie przewidział tylko tego, że jako bohater czarodziejskiego świata będzie musiał znieść nieskończoną ilość kurtuazyjnych wizyt. Większość z jego gości uśmiechała się sztucznie na widok zdjęć, w parodii zrozumienia. Bezużyteczny czasomierz omijano spojrzeniem, bezskutecznie szukając na półce Orderu Merlina. Piasek z pustej klepsydry pozostał tam, gdzie jego miejsce, na dywanie salonu w domu Lily i Jamesa.<br /><br /><br />(pierwsza, jesienna, zwyczajna w gryfońskich barwach)<br /><br />Wiatr unosi rude liście. Niebo jest przejrzyste i jasne, jedyne oznaki jesieni to przejmujący wiatr i liście, rude liście.<br />- Co u Petunii? - pytanie zadane jest lekkim tonem, jakby odpowiedź wcale nie miała znaczenia.<br />- Planuje ślub z Vernonem &#8211; odpowiada matka, starając się ukryć smutek w energicznym ruchu grabi.<br />- Powinnam spodziewać się zaproszenia? - Lily już nie udaje, przestaje grabić liście i patrzy na matkę. Stoi pod słońce, więc musi zmrużyć oczy. Milczenie się przedłuża, więc dziewczyna poprawia rękawice, by ukryć zakłopotanie.<br />- Wszystkie już dawno rozesłano, tak mi... - Koniec zdania umyka Lily, gdy ta tonie w objęciach swojego narzeczonego, który podbiega do niej nie wiadomo skąd. Kręcą się wokół własnej, wspólnej osi i są szczęśliwi. Lily posiada własnego przyszłego męża i nie ma zamiaru interesować się siostrą. James przyniósł z domu szalik, którym teraz szczelnie owija jej szyję. Gyfońsko złote końcówki zwisają po bokach, sięgając Lily prawie do kolan. <br />- Twój tata chce zrobić nam zdjęcie &#8211; szepcze James prosto do jej ucha, tak by wiatr nie zaniósł jego szeptu do nikogo innego. Bo przecież tańczyć chce tylko z nią. Ciągnie ją lekko za rękę do odległego krańca trawnika, na którym wciąż leżą liście. Następnie kłania się z przesadną, dworską galanterią i podaje jej dłoń. Lily łapie ją ze śmiechem i wirują, wirują, wirują. <em>(uśmiech!)</em> Dopóki nie kręci im się w głowie. Wiatr unosi wokół nich liście, a oni w końcu padają delikatnie na trawę i śmieją się jak dzieci. Nikt nie musi wołać: &#8222;Uśmiech!&#8221;, ale mimo to Lily zastanawia się, ile zaproszeń będzie potrzebować.<br /><br /><p class="right">(w lewym górnym rogu, nakreślone starannie, &#8222;g&#8221; jest podobne, ale nie identyczne) <em>30.09.78r.</em><br /><br /><br />(druga, w odcieniu granatu, błyszcząca, po lewej)<br /><br />- To mój chrześniak! - Syriusz dzieli się radosną nowiną ze wszystkimi napotkanymi osobami, również z personelem szpitala. Nie ma znaczenia fakt, że jeszcze nie widział dziecka. Wreszcie na korytarzu pojawia się Peter, a zaraz po nim Remus. Krążą we trzech pod drzwiami salki, złorzecząc na zaklęcia wyciszające, przez które nie wiedzą nawet, co dzieje się w środku. Wreszcie po nieskończenie długim czasie zostają wpuszczeni do małego pokoju. Ich oczom ukazuje się James tańczący wolno z dzieckiem na ręku. <em>(uśmiech!)</em> Lily leży na łóżku, wyczerpana, ale szczęśliwa. <br />- Witaj, szczęśliwa rodzinko! Miłego nocnego wstawania i zmieniania pieluch! <br />Lily uśmiecha się lekko, ale James nie zwraca uwagi na nic prócz syna. Kołysze go lekko w ramionach, śpiewając coś cicho. Kołysanka opowiada chyba o złotym zniczu.<br />- Ale go wzięło, nie? - Syriusz zdaje się nie pamiętać swojego zachowania sprzed chwili. Siadają całą trójką wokół łóżka.<br />- Zdecydowaliście się w końcu na imię? - pyta Remus, gdy Syriusz podchodzi do Jamesa i dołącza do śpiewania kołysanki. <br />- Harry - odpowiada Lily.<br />- Twój ojciec nazywał się...<br />- Albert, tak. Ale nie chcemy, by cokolwiek determinowało przyszłość naszego synka. Musi mieć szczęśliwe dzieciństwo, bez ciągłego gadania o tym, co powinien w życiu robić...<br />Mały Harry śpi, raczej nieświadomy tego, że kołysankę o zniczu śpiewa mu czterech mężczyzn.<br /><br /><p class="right">(na odwrocie notatka pełna zawijasów, ze znanym, przynoszącym nadzieję &#8222;W&#8221;) <em>31.07.80r.</em><br /><br /><br />(trzecia, bogato zdobiona przez dzieci, stoi na środku)<br /><br />- No popatrz tylko, Luniaczku. Rogaś nam się ustatkował! - Syriusz stoi z kieliszkiem w ręku, obserwując z Remusem swoich przyjaciół odbierających życzenia od gości.<br />- Jest szczęśliwy, miejmy nadzieję, że to wystarczy &#8211; odpowiada Remus. Pogoda jest wymarzona na&nbsp; ślub. Goście zgromadzeni w ogrodzie państwa Evansów to zarówno mugole, jak i czarodzieje, więc&nbsp; nie można było zabezpieczyć miejsca przed deszczem za pomocą czarów.<br />- Luniaczku, nie powinieneś być takim realistą! Jasne, mamy wojnę, ale, na gacie Merlina, nasz przyjaciel się żeni! Gdzie jest Glizdogon? Miał mój aparat! Chciałbym pstryknąć Rogaczowi fotkę, gdy będzie nurkował Lily pod spódnicę.<br />- Myślę, że Lily zdzieliłaby cię w tym momencie po głowie. &#8211; Remus próbuje go uderzyć, Syriusz, chcąc zrobić unik, rozchlapuje zawartość swojego kieliszka. Już ma zamiar ruszyć ze śmiechem na Remusa, gdy obok nich pojawia się Peter. Syriusz wyrywa mu aparat i obiega stół, uciekając przed przyjaciółmi.<br />Wszyscy goście skupiają się teraz przy parkiecie. Gdy rozbrzmiewają pierwsze takty, James promienieje na środku sali, zdaje się, że nie widzi nic oprócz swojej żony. Ciotki Lily chlipią w chusteczki, uszczęśliwione, że mała, wspaniała, grzeczna Lily ma takiego męża. Widząc czułość emanującą z każdego kroku, rodzina się uspokaja, wszyscy myślą, że Lily wyjedzie gdzieś daleko. Być może spotkali się z nią po raz ostatni? Plotki rozchodzą się szybko, ale są mało precyzyjne.<br />Do parkietu, wśród śmiechu, podbiega trzech mężczyzn. Jeden z nich, czarnowłosy, trzyma w ręku zwykły aparat fotograficzny, wymachując nim, jakby był jakimś ważnym trofeum. Lily i James tańczą, a Huncwoci pstrykają zdjęcia, wyrywając sobie aparat w aurze powszechnej wesołości. <em>uśmiech! uśmiech!</em><br /><br /><p class="right">(nabazgrane na środku, lepiej nie domyślać się, czyje to pismo) <em>14.07.79r.</em><br /><br /><br />(czwarta, niepozorna, czarna, trochę z tyłu, ale najprawdziwsza)<br /><br />- Wszystkiego najlepszego! - <em>(uśmiech!)</em> Flesz ją oślepia, dlatego mruży zapłakane oczy.<br />- Co się stało, skarbie? - pytanie zadaje Syriusz, a Lily tonie w objęciach Remusa, który głaszcze ją uspokajająco po plecach. Jego słowa wiszą w powietrzu, a każdy zna odpowiedź.<br />- Jeszcze nie wrócił &#8211; bardziej stwierdza niż pyta Lunatyk i prowadzi ją do kanapy w salonie. Lily ociera pośpiesznie łzy, chce przygładzić splątane włosy, ma gości i powinna zakrzątnąć się przy kuchni. Oczywiście jej na to nie pozwalają, Syriusz nastawia wodę na herbatę, a Remus siada z nią przy kominku. Sama ich obecność działa kojąco. Gdzieś blisko skroni zagnieździł się pulsujący strachem ból, którego do tej pory nie była świadoma. Remus uśmiecha się tymi swoimi ciepłymi oczami i krzyczy Syriuszowi, by nie ważył się dosypywać mu czegokolwiek do herbaty. Łapa stuka garnkami i szklankami, robiąc dużo więcej hałasu niż to konieczne. Przekomarza się z Remusem i jest prawie normalnie. W domu brakuje tylko pewnego cienia z rogami. Usprawiedliwiają przed Lily Petera, któremu coś wypadło, i wręczają jej prezent. To dwie starannie wykonane spinki do włosów, oczywiście w gryfońskich barwach. Chciałaby się cieszyć i umieć śmiać się tak jak chłopcy, ale ćmiący ból w pobliżu skroni jej na to nie pozwala.<br />Późnym wieczorem w drzwiach staje James, otulony kożuchem, śnieg w jego włosach nie zdążył jeszcze stopnieć. Wszyscy rzucają się na niego, by pomóc mu pozbyć się ciężkiego ubrania i by upewnić się, że na pewno jest. Powietrze pachnie mroźnie, świeżo, przynosi ulgę.<br />- Więc jeszcze raz! Ustawcie się, tamto zdjęcie się nie nadaje.<br />Znanym, naturalnym odruchem wtulają się w swoje ramiona i ustawiają przy kominku.<br />- Nic z tego nie będzie. Klisza się skończyła!<br /><br /><p class="right">(zapisane na odwrocie w lewym górnym rogu, pismo znane z lekcji OPCM) <em>30.01.80r.</em><br /><br /><br />(piąta, w kolorze miodu, częściowo zasłonięta przez pustą klepsydrę)<br /><br />Anne jest chora. Swoje ostatnie dni spędza w szpitalu odwiedzana przez córki. Ma jeszcze nadzieję, że kiedyś wpadną na siebie, tak zupełnie przypadkiem. A wtedy może powiedzą: <em>Cześć, co słychać?</em>, a później się obejmą? Możliwe, że poleje się kilka łez, a Anne będzie szczęśliwa. Jej mąż odszedł na długo przed nią, jedyne, co trzyma ją na ziemi, to nienawiść między córkami. Której w żaden sposób nie potrafi przełamać. Pewnego kwietniowego popołudnia do jej pokoju wchodzi Lily z rodziną. Pojawia się w drzwiach równo pół godziny po wyjściu Petunii. Anne postanawia zacząć rozmowę od razu, nie zostało jej już wiele czasu.<br />- Lily? - mówi, gdy córka pochyla się, by pocałować ją w policzek.<br />- Tak, mamo? - Poprawia poduszki, jakby to one były odpowiedzialne za dyskomfort starszej kobiety.<br />- Widziałaś się ostatnio z Petunią?<br />- Nie. - Twarz Lily zasłaniają włosy, podnosi się i nie patrzy matce w oczy.<br />- Dlaczego? - szept kobiety jest cichy, a im słabiej go słychać, tym bardziej żądli. Porusza jakąś dawno zepchniętą na krawędzie świadomości strunę, która wydaje rzewny dźwięk. Lily była pewna, że już dawno ją przerwała, pocięła na drobne kawałki.<br />- Nie wiem. To ona... - nie wie, co chce powiedzieć. Czuje, że przybrała ton małej, naburmuszonej dziewczynki. - Nie wiem, mamusiu, zapytaj Tuni, na pewno będziesz miała okazję. <br />Zapomniana struna odzywa się znów, ale nie tęsknie <em>Goń mnie!</em>, tylko z odległym, wysyczanym wyrzutem <em>Dziwadło!</em><br />Anne zdaje sobie sprawę z tego, że nie zostało jej wiele czasu, Lily musi mieć ostatnie szczęśliwe wspomnienie. Zauważa aparat przewieszony przez ramię Jamesa.<br />- Zatańczcie dla mnie, proszę. Szybko, dopóki Alice nie wróci do łóżka. Zrobię wam zdjęcie. - Ujmuje urządzenie w schorowane dłonie, a James wskazuje odpowiedni guzik.<br />Biorą małego Harry'ego między siebie i kołyszą się delikatnie na tle białej, szpitalnej ściany. (uśmiech!)<br /><br /><p class="right">(na odwrocie, zapisane drobnym pismem, z charakterystycznym &#8222;g&#8221;) <em>15.04.81r.</em><br /><br /><br />pokaż mi wszystkie odcienie<br />miłości<br />naucz radości<br />dobra i zła<br />dobra i zła<br />tańcz<br />tańcz <br />tańcz ze mną]]></description>
<pubDate>PoniedziaĹek 21 Luty</pubDate>
<comments>PoniedziaĹek 21 Luty</comments>
</item>
<item>
<title>Ron</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=87#p87</link>
<guid isPermaLink="false">87@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Ja mówiąc szczerze, mam troszkę negatywne o nim zdanie. Nie umiem dokładnie określić dlaczego. Od początku mi się nie podobał. Jest trochę według mnie obłudny i fałszywy. Z pewnością nie należy do moich ulubionych Weasleyów. Mam nadzieję, Niel, że mnie nie znokautujesz.]]></description>
<pubDate>Wtorek 13 Lipiec</pubDate>
<comments>Wtorek 13 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title>Ron</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=86#p86</link>
<guid isPermaLink="false">86@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Co o nim sądzicie? Ja osobiście bardzo go lubię i uważam, że fanon go krzywdzi. Bardzo go krzywdzi! Jestem w stanie znieść to, że nie jest w jakimś dobrym paringu i tym podobne. Ale robienie z niego etatowego dupka mnie irytuje. Jasne, nie mówię, ze jest jakimś ideałem, bo nie jest i daleko mu do tego. Ale nie przesadzajmy w żadnym kierunku...<br />Co o nim myślicie? :)]]></description>
<pubDate>PiĹĄtek 9 Lipiec</pubDate>
<comments>PiĹĄtek 9 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title>[T] Oczekiwanie</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=85#p85</link>
<guid isPermaLink="false">85@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Aż mnie zatkało!<br /><br />Nie byłam pewna, kiedy akcja tego fica sie dzieje, ale teraz już chyba wiem. Doskonałe tłumaczenie, czyta sie bardzo przyjemnie, tylko znów czas teraźniejszy!<br /><br />I nie wiem co mam dalej pisać... na tym forum są same perełki (z tego, co narazie przeczytałam), nie ma tu nic nudnego, aż chce się czytać!<br /><br />Gratuluję udanego tłumaczenia i życzę weny!]]></description>
<pubDate>Âroda 7 Lipiec</pubDate>
<comments>Âroda 7 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title>Smak herbaty</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=84#p84</link>
<guid isPermaLink="false">84@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Hmm... wchodząc na te forum zrobiłam to z nudy. Teraz wiem, że było warto. To, co właśnie przeczytałam... tak różni się od tych miniaturek czytanych przeze mnie na innych forach, do których wręcz się zmuszam. Czytało się lekko, przyjemnie. Nie wiem jak taki tekst mógł mnie wciągnąć, ale wciąż sie zastanawiam, co mogłoby być dalej, a także, czemu Hermiona rozstała się z przyjaciółmi.<br /><br />Gratuluję autorce tego, że udało jej się całość pisać w czasie teraźniejszym. Ja sama bym szybciej oszalała.<br /><br />Ostatnio coraz więcej czytam opowiadań z Ginny w ciąży, to jakaś zaraza!<br /><br />Doskonale się czytało, a błędów raczej nie zauważyłam. Gratuluję!]]></description>
<pubDate>Âroda 7 Lipiec</pubDate>
<comments>Âroda 7 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=83#p83</link>
<guid isPermaLink="false">83@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Z podziękowaniami dla bety - <strong>Emci666</strong>.<br />Z letnią dedykacją dla <strong>Aratanooniel.</strong><br /><br /><strong>1.</strong>Kiedy słońce znika za londyńskimi budynkami i pokój pogrąża się w szarości, Marcus wstaje z fotela i zapala świece. Każda, bogato zdobiona, daje mdłe, bladożółte światło, zatapiając mieszkanie w półmroku. Wokół unosi się przyjemny zapach ognia i topionego wosku, i dopiero wtedy Marcus może przygotować kolację.<br />Kuchnia jest sterylna - podłoga i ściany wyłożone jasnozielonymi płytkami, i długi, przezroczysty blat. Nad kuchenką mikrofalową znajduje się podwieszany sufit z lampkami barowymi; teraz wszystkie są pogaszone. Duża ilość świeczek odbiera temu miejscu surowość, nadając tajemniczego charakteru.<br />Marcus dźwiga staromodny gramofon, lekko podśpiewując. W bladym świetle widać jego niebieskie oczy, ostro zarysowaną szczękę i brązowe włosy gdzieniegdzie poprzetykane siwizną. Z wysiłkiem stawia odtwarzacz na blacie i podłącza go do prądu. Z szafki kuchennej wyciąga kilka dużych, czarnych płyt i już po chwili w kuchni brzęczą konkretne, ostre dźwięki Nirvany.<br />Krojąc pora i rzodkiewkę, wdychając zapach pieczonego bażanta, Marcus rozmyśla o własnej samotności. Z wyboru - jak podkreśla zawsze, unikając kontaktu wzrokowego. To mu odpowiada, może mieć własne trzy pokoje - jeden pełen książek, drugi tylko do słuchania muzyki - i nikt nie mówi mu, co ma robić. Mieszkanie nie jest przesycone zapachem damskich mydeł, perfum i kremów, a w prysznicu nie ma długich włosów. Samotność jest dla niego przewrotną ułudą wolności. Ale jaka to wolność, kiedy trzeba wstać o szóstej, budzonym przez natrętny budzik, stukanie deszczu o szyby lub ostre promienie słońce? Jaka swoboda, gdy należy wyjść w londyński świt, raźnym krokiem ruszyć na stację metra, a potem przez bite dziesięć godzin stosować się do zwariowanych pomysłów świrniętego szefa?<br />W kuchni rozlega się przenikliwy dźwięk mikrofalówki, zagłuszając odprężające tony utworu. Marcus wrzuca warzywa do szklanej miseczki, wyjmuje mięso i siada na wysokim, barowym krześle. Wpatruje się w samolot, lecący za oknem.<br />Zwykle popada w rutynę - kończy posiłek, sięga po horror lub kryminał, czyta do późnej nocy i sączy lampkę wytrawnego wina. Gramofon wyłącza na krótko przed północą i pogrąża się w blasku świec, wciąż nie przyzwyczajony do przenikliwego, elektrycznego światła.<br />Czasem wychodzi na balkon i opuszcza nogi przez kraty. Dynda nimi w obie strony, na wzór małych chłopców. Pije mocną, czarną kawę, wpatruje się w zachmurzone, londyńskie niebo, słucha warkotu samochodów i jest szczęśliwy.<br />Ale nie dzisiaj.<br /><br /><br />Posiłek przerywa dziecięca melodyjka dzwonka do drzwi.<br />Marcus niechętnie wstaje od stołu i przekręca zamek. Kiedy z korytarza wpełza zimne, jakby metaliczne powietrze, rozważa bezmyślność swojego postępowania. Oczyma wyobraźni już widzi pistolet przyłożony do skroni, już słyszy własny, przyśpieszony oddech, kiedy dociera do niego, że patrzy na kobietę.<br />Niektóre kobiety są piękniejsze od innych.<br />Patrząc na przybyłą, dociera do niego prawdziwość tego sformułowania. Jej oczy patrzą na niego badawczo, uważnie, ale jest w nich jakiś psotny wyraz jak u małej dziewczynki. Włosy ma krótkie, roztrzepane, ale jakaś dziwna ich miękkość sprawia, że zdają się być starannie przygotowywaną fryzurą. Policzki ma wklęsłe, usta zwyczajne, skórę mlecznobiałą i nie wiadomo nawet, co w niej jest takiego niezwykłego.<br />Pamięta takie kobiety nie-kobiety. O długich, jasnych włosach, miękko spływających niemal do samej ziemi i oczach nimfy. O idealnym ciele i gładkiej skórze. Ale i o skrzydłach, schowanych nie wiadomo gdzie, paznokciach, które zamieniają się w krwiożercze szpony. Kobiety nie-kobiety; wile.<br />Ale wtedy do Marcusa dociera jej zapach - jakby wiosenne kwiaty, zmieszane z mocną wonią gniecionych śliwek. I wtedy prześlizguje się wzrokiem jeszcze raz; po jej brązowych włosach, które kiedyś były białe, po jej starannie utuszowanych rzęsach i niepozornym ubraniu.<br />- Och, nie udawaj, że mnie nie pamiętasz - mówi szybko, wpatrując się uważnie w jego dłonie. Speszony Marcus chowa je do kieszeni. Kobieta wzrusza ramionami i zaczyna przeszukiwać dużą, czarną torbę.<br />- Co ty tu robisz? - pyta mężczyzna, mocno zaciskając palce na framudze. <br />- Dziwne pytanie - odpowiada kobieta, z triumfalnym uśmiechem wyjmując z torby cienki, poplamiony zeszyt. Przez chwilę go wącha, wyglądając surrealistycznie. - To chyba twoje, prawda? - szepcze, lekko pochylając się w jego stronę.<br />Przypatrują się sobie przez kilkadziesiąt sekund. Marcus wspomina białe włosy rozrzucone na poduszce, kojący widok lasu za oknem i słodki, wili śpiew. Nie chce, ale czuje zapachy; młody kucyk z gęstą grzywą, kawowy szampon do włosów i jesienny deszcz. Patrzy kobiecie w niebieskie oczy i przypomina sobie dlaczego wybrał samotność.<br />- Mogę wejść? - pyta niepewnie, znowu irytująco przypatrując się jego dłoniom.<br />- Jasne, wchodź! - Macha ręką i cofa się do przedpokoju. Uprzejmym gestem zdejmuje jej płaszcz, wdychając zapach wełny i czekoladowych ciasteczek. W milczeniu zaprasza do kuchni.<br />- Ładnie tu u ciebie - mówi cicho kobieta, wspinając się na taboret. Podciąga się na rękach, a kiedy już siedzi, dziecinnie macha nogami. Marcus nie może powstrzymać lekkiego uśmiechu - musi mieć już trzydzieści lat, a chwilami przypomina małą dziewczynkę. Siada naprzeciwko niej i przez dłuższą chwilę nie patrzą sobie w oczy.<br />- Mam bażanta i sałatkę - mówi, żeby powiedzieć cokolwiek. - Chcesz? - pyta, już wstając z krzesełka i sięgając po czysty talerz. Nie patrzy na nią, ale ma wrażenie, że nadal patrzy mu na ręce - a one muszą się trząść i drżeć ze zdenerwowania.<br />- Bażanta - szepcze kobieta pustym głosem. Marcus nadal starannie unika jej wzroku, podając jej talerz.<br />- Czy dowiem się w końcu, jak masz na imię? - pyta nagle mężczyzna, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.<br />- Nazywaj mnie jak dawniej - mówi kobieta, pomiędzy kęsami bażanta. Pachnie od niej ciepłym, pieczonym mięsem i kwiatami.<br />- Wtedy byłaś Małą - mówi Marcus, z powrotem siadając na stołku. Wpatruje się w jej dłoń, trzymającą widelec, wdycha dawno zapomniany zapach i obserwuje jej długą grzywkę, skrywającą oczy. W pewnej chwili napotyka jej wzrok i szybko odwraca się do swojego talerza.<br />Mała kończy jeść i radośnie zeskakuje ze stołka. Rozgląda się po pomieszczeniu.<br />- O rety, gramofon! - woła wesoło, podchodząc do odtwarzacza. Beztroskim ruchem przerzuca zakurzone płyty. - Nikt już tego nie słucha, wszyscy przerzucili się na empetrójki i coś w tym stylu. Prawie sama klasyka, czyżbyś ukształtował wyrafinowany gust muzyczny?<br />Marcus patrzy na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Mała uśmiecha się dziecinnie i, stając na palcach, otwiera po kolei jego szafki. Mężczyzna nawet nie sili się na dezaprobatę.<br />- Więc nadal lubisz wino? - pyta retorycznie, mrużąc oczy. - No tak, samo czerwone wytrawne i białe. Do ryb?<br />Wskazówka na tarczy porusza się z głośnym chrzęstem i zegar bije dziesięć razy. Marcus machinalnie wstaje i ścisza gramofon, ocierając się o Małą. Spogląda w bok i uważnie wpatruje się w jej twarz. Szuka znaków emocji.<br />- Jak mnie znalazłaś? - pyta cicho, wyglądając, jakby bał się tego pytania, jakby wcale nie chciał go zadawać, ale coś go do tego zmuszało. Palce stukają o blat.<br />- Przypadkiem - mówi po prostu Mała, potrząsając głową. - Mieszkam niedaleko, zobaczyłam cię, jak wracałeś z pracy. Śledziłam cię. Masz kablówkę - kończy radośnie, zdejmując czarny sweter i kładąc go na blacie. Ubranie ześlizguje się z jego powierzchni i spada na podłogę, ale kobieta zdaje się tym nie przejmować.<br />Marcus przez chwilę patrzy w czarne niebo, pokryte kłębiastymi chmurami, a potem się uśmiecha.<br />Jego Mała wróciła.<br /><br /><br />Siedzą na czerwonych fotelach z beztrosko rozrzuconymi kończynami, sącząc czerwone wino. W oczach Małej widać płomienie świec.<br />Marcus obserwuje, jak mętny płyn odbija się od ścianek kieliszka, marząc, żeby Mała milczała. Niech się nie odzywa - prosi, ale tylko w myślach. Tak rozumieją się najlepiej, zatopieni we własnych marzeniach, ukradkiem patrzący sobie w oczy. Mogą tak siedzieć, aż pogasną wszystkie świeczki albo nawet do świtu; trudno, Marcus spóźni się do pracy.<br />Kiedy Mała otwiera usta, Marcus zaciska powieki.<br />- Odprawiasz rytuały? - pyta, nieco zachrypniętym od milczenia głosem.<br />Mężczyzna rozgląda się nieprzytomnie po pokoju, zahacza wzrokiem o zdobione świeczki i upija łyk wina. Mała przekręca się na fotelu i uśmiecha się.<br />Włosy ma potargane, splątane, policzki podpuchnięte, a oczy klejące się do snu. Mimo to - jak ze złością dostrzega Marcus - wciąż jest śliczna. Mężczyzna prawie słyszy pulsowanie jej krwi. Wszystko pachnie metalem, ale co czwarta kropla należy do wili. Jest potworem.<br />- Nie mogę się przyzwyczaić do elektryczności - odpowiada po dłuższej chwili.<br />- Sam ją wybrałeś.<br />- Prawda.<br />Siedzą w milczeniu jeszcze długie godziny - świeczki gasną jedna po drugiej, aż na wschodzie pojawia się różowy pas. Kiedy do pokoju docierają pojedyncze promienie słońca, Mała w końcu się odzywa; jakby się bała, że nie zdąży przed ranem.<br />- Nie chcesz niczego wiedzieć? - pyta cicho, przewieszona przez oparcie fotela.<br />Marcus patrzy na nią nieprzytomnie.<br />- Nie, ale czuję, że ty chcesz się o coś zapytać.<br />- Mogę? - pyta z miną małej dziewczynki, ale mężczyzna milczy. Mała patrzy na niego przez dwie ścianki szkła. - Dlaczego nie założyłeś rodziny? Nie związałeś się z jakąś uroczą mugolką, nie masz dzieci, może... przyjaciół? Czego się boisz, Duży?<br />- Odpowiedź na to pytanie jest banalniejsza, niż ci się wydaje - odpowiada znużony Marcus.<br />Niespodziewanie kobieta zrywa się na równe nogi. Nieco się chwieje, dyszy i patrzy na niego z góry, z wściekłością. Zawsze była impulsywna.<br />- Jesteś żałosny - mówi na granicy słyszalności. Podchodzi do niego bliżej, tak że Marcus czuje jej oddech na policzkach. Oddech, który pali skórę. - Uciekłeś stamtąd, bo masz żal do magii. Żal, śmieszne prawda? A myślisz, że tu wszystko jest dobrze? Że mugole to ucieleśnienie dobra? - Bierze głęboki oddech i zaciska dłonie w pięści. - Kiedy szłam dzisiaj do ciebie, zauważyłam taką żółtą linię. Wiesz, policyjną. Zaciekawiona tym, rzuciłam zaklęcie niewidzialności i znalazłam się na działkowych ogródkach. Pamiętasz naszą manię odkrywania miejsc zakazanych, prawda? I granic, na które możemy nadepnąć. - Patrzy uważnie na mężczyznę, który wygląda na obojętnego. - I wiesz, co zobaczyłam? Kobietę. Była naga, zmasakrowana i martwa. I wyobraź sobie, pewnie tak ci ciężko, że to nie była magia. Był to mugol; zgwałcił ją i pociął scyzorykiem. A żeby stłumić jej krzyki, wepchnął jej brudną szmatę do gardła. Przez którą się udusiła i nie cierpiała aż tak bardzo. Urocze, prawda?<br />- Do czego zmierzasz? <br />- Widzisz, kotku, Avada Kedavra przynajmniej nie boli.<br />- A Cruciatus? - pyta cicho Marcus i przez krótką chwilę Mała widzi w nim tamtego dawnego, chudego chłopca z przerażonymi oczami.<br />- Tak, boli. I boli również nóż, widelec, a jak się bardzo postarać to i łyżka. Marcus, powiedz mi proszę, kto to był? - pyta Mała, już nie tak wściekła i patrząca na mężczyznę uważnie. Nie chce przegapić jego reakcji.<br />Marcus również wstaje, kołysząc się lekko i niedbałym ruchem przeciąga dłonią po włosach Małej.<br />- Wstaję o świcie, przez dziesięć godzin słucham zwariowanego szefa, ale robię to, co lubię. Tam, nie mógłbym tego robić. - Słowo &quot;tam&quot; wypowiada jak coś plugawego, coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. - Potem wracam do domu, piję tonę wina, słucham muzyki, mam nawet taki specjalny pokój wyłożony płytkami, możesz później tam zajrzeć. A potem gram na mugolskich instrumentach. Malutka, to prawie jak magia.<br />- Tęsknisz za tym? - pyta kącikiem warg.<br />- Czasem.<br />- Tylko czasem? - Uśmiecha się.<br />- Nie drocz się ze mną.<br />Obserwują się, dopóki słońce nie pada na twarz Małej.<br />- Jesteś kretynem - syczy, strącając jego dłoń ze swoich włosów. - I tchórzem. Zwiałeś, bo jakiś idiota spoił mnie eliksirem miłosnym.<br />Dopiero teraz Marcus przypomina sobie, że Mała nie jest Angielką. Jej słowa rozbrzmiewają jakimś europejskim akcentem. Hiszpańskim, francuskim, włoskim? Mężczyzna nigdy nie miał talentu lingwistycznego.<br />- Naprawdę? - pyta Marcus ironicznie. - A ja myślę, że ci się znudziłem i postanowiłaś rzucić ten swój czar na kogoś innego, prawda? - Mężczyzna stara się nie wdychać odurzającego zapachu. Bezwiednie gładzi Małą po włosach. - Tęskniłem za tobą.<br />Ona znowu strąca jego rękę i sięga po czarną torebkę. Przerzuca flakoniki perfum, plik zeszytów i kilka portfeli. Po chwili wyciąga podłużny patyk.<br />- <em>Windgardium Leviosa</em> - szepcze, a kieliszek unosi się pod sufit. Krople wina mienią się w słońcu.<br />Marcus nie do końca rozumie źródło wściekłości, które w nim wybucha. Wie tylko, że w tym momencie nienawidzi magii i nienawidzi Małej, więc ściska ją za nadgarstek i ciągnie w stronę drzwi.<br />- Wynoś się - wrzeszczy, być może budząc sąsiadów. Mała daje się szarpać z obojętną miną. - Dlaczego mi to robisz? Dlaczego tu przychodzisz?<br />Kobieta stoi już w progu, zdając się patrzeć na niego z góry. Marcus bezradnie wpatruje się w pomalowany na żółto korytarz, wciąż przesycony zapachem świeżej farby.<br />- Ale widzisz, Duży - szepcze, nachylając mu się do ucha. Wyrywa nadgarstek z uścisku i rzuca różdżkę na dywan. - To twoje. Przyniosłam ci.<br />Całuje go w ucho i zbiega po schodach. Jej kroki dudnią w całym bloku.<br /><br /><br />Kiedy Marcus wraca z pracy, różdżka leży tam, gdzie rzuciła ją Mała. <br />Jasnobrązowa, z nadmorskiej brzozy, z maleńkim włókienkiem ze smoczego serca.<br />Leży i zdaje się wodzić za nim nieistniejącymi oczyma.<br />Marcus cały wieczór przesiaduje na balkonie, czytając horror o nawiedzonym wybrzeżu i paląc papierosy. Co chwila krztusi się dymem i kaszle, ale papieros daje coś w rodzaju narkotycznego uniesienia.<br />Boi się dotknąć różdżki. Myśli, że sam dotyk sprawi, że będzie musiał wrócić, że będzie musiał zmierzyć się z własną magią, samym sobą i z tymi wszystkimi ludźmi, których zostawił. Czuje w ustach gorzki, niesprecyzowany smak, pewnie smak strachu, oblewa się potem i drżą mu ręce.<br />A różdżka leży spokojnie i tylko kiedy nad nią przechodzi sypią się z niej złote iskry.<br />Rano Marcus czuje, że jego ręka go nie słucha. Niekontrolowanie podskakuje, drży, a kiedy jest w przedpokoju, różdżka wprost przyciąga go do siebie, niczym jakiś popieprzony magnes. Po południu prawa dłoń pokrywa się plamami, a pod paznokciami pojawiają się krwawe kreski. Ręka zachowuje się jak narkoman na głodzie, a pod nią, na podłodze - solidna działka. Linia różdżki zdaje się być niewinnym uśmiechem.<br />Przez tydzień jest na chorobowym, pije kawę na litrowe czajniki i czuje zapach cytrusów.<br />W czwartek zaczyna mieć halucynacje - znikąd nadchodzą małe, białe ludziki; takie niepozorne, drobne, słodkie, ale jego napawają przerażeniem. Po ścianach błądzą kolory i odcienie, po wannie spływa krew, a z prysznica leje się gorąca woda. I przerażają go zapachy; winorośli, mleka i brzozowego lasku. Przez wiele godzin zastanawia się, czy jego mieszkanie nie zamieniło się w pokój tysiąc czterysta ósmy.<br />Po dwóch tygodniach ma dosyć. Siada po turecku w przedpokoju i powoli odwija bandaż z prawej dłoni. Pokryła się czarną skorupą i boli, jakby ktoś miażdżył ją młotkiem.<br />- Kim ty jesteś, Mała, że odważyłaś się zepsuć moją idyllę? - szepcze, sięgając po różdżkę.<br />Czuje napływ gorąca i nierealną ulgę. Ręka momentalnie powraca do naturalnego stanu, a wokół unosi się zapach smoczych jajek. <br />A Marcus czuje się przez chwilę jak pan wszechświata - ma w ręku ten cienki patyczek i może wszystko. Może być każdym, a może być nikim. Ma władzę. Ma magię.<br />Ale wtedy przypomina sobie własny, zwierzęcy skowyt i ból, który nie mieści się w żadnych ramach - który jest nie do opisania, bo nie ma słów, nie ma określeń na ten żar palący w mózgu i miękko, niemal z ironią pieszczoty spływający po ramionach. <br />- Kim ty jesteś, Malutka?<br />Niebo zdaje się purpurowieć tak jak wtedy - w Hogwarcie, kiedy nad Wieżą Astronomiczną zawisł Mroczny Znak. Zdaje się, bo przecież wcale tak nie było.<br />Marcus kładzie się na brudnej podłodze.<br /><br /><br />Kiedy ją spotyka, różdżka drży w jego kieszeni. <br />Powietrze rozrzedza się od smrodu spalenizny i można wyczuć słodkie zapachy ciastek i owoców, sączące się ze starej kawiarni. Słońce staje się mniej nieznośne, lekko pokryte szarymi chmurami, a na zachodzie zbiera się czarna smuga, zwiastując deszcz albo nawet burzę.<br />Mała siedzi na niewielkim, niemal dziecinnym krzesełku, opiera łokcie o stół i kroi szarlotkę na malutkie kawałeczki. Włosy ma z powrotem długie i jasne, malowniczo kontrastujące z winoroślą, wspinającą się po kawałku drewna. Oczy błądzą jej po całej podwórkowej kawiarni - od soczyście czerwonowłosej matki z dzieckiem, poprzez dwie zdziwaczałe staruszki, aż do dużego labradora, przybyłego nie wiadomo skąd. <br />Marcus jest dla niej jakby niewidzialny - mija go dużymi, błękitnymi oczami bez przejęcia, jakby oduczyła się rozpoznawać jego szczupłą, nawet chudą sylwetkę i nieco szczeciniaste, brązowe włosy.<br />Mężczyzna ma ochotę pójść dalej - słyszeć własne kroki po kamiennym chodniku, zagłuszające nieuzasadnione wyrzuty sumienia i dalej żyć własnym życiem, ale coś niesprecyzowanego każe mu stanąć. Nogi wrastają w chodnik i nie są w stanie uczynić choćby kroku, głowę trzymają żelazne dłonie i musi patrzeć na Małą. Wzrok sam błądzi po jej wilich włosach i Marcus jest wściekły na własną różdżkę.<br />Powoli kieruje się w stronę kawiarni, czując jak czar znika.<br />Magia jest okrutna.<br />- Mogę? - pyta, patrząc na nią uważnie. Podnosi głowę do góry i marszczy brwi. Widelec stuka o porcelanowy talerzyk.<br />- Proszę, siadaj. - &quot;R&quot; wymawia bardzo dziwnie, długo, głęboko. &quot;Proszę&quot; już się kończy, a &quot;r&quot; jeszcze przebrzmiewa. - Jesteś tu przypadkiem, jak sądzę - mówi, ale w jej głosie słychać coś na kształt nadziei. Wyglądając, jakby sama to zrozumiała, szybko pochłania szarlotkę. Marcus obserwuje kawałki jabłecznika, znikające w jej ustach. <br />- Zupełnym przypadkiem, Mała - mówi w końcu, upijając łyk kawy z jej filiżanki. Czując gorzki posmak na gardle i pobudzającą kofeinę, wysyłaną do mózgu, rozluźnia się. - Ostatnio przypadki mnie prześladują.<br />Bardzo podoba mu się klimat tego spotkania - słodkie opary mleka i kakao, promienie słońce, prześlizgujące się między szarymi chmurami, i winorośl, porastająca kawałek drewna. Mała opowiada o czymś nieistotnym - chyba o książkach, a on częstuje się jej ciastkiem. Delektując się maleńkimi kawałkami szarlotki, czuje ciężki do sprecyzowania, ale charakterystyczny smak lata - uśmiecha się.<br />Prześlizgując się po twarzy Małej - <em>jak dobrze, jak cudownie byłoby wiedzieć, jak ona ma na imię</em> - znajduje prawdę. Już przed tym nie ucieknie; nie miał szans nawet na starcie, ale, ku zdziwieniu wielu, nawet mu się to udawało. Teraz, kiedy ona go odnalazła, jest skończony, nie ma wyjścia, musi wrócić.<br />- Nigdy nie powinnaś była do mnie przychodzić - szepcze i spokojny nastrój pryska jak przekłuty balonik. Mała przechyla głowę na bok i uśmiecha się kokieteryjnie. Palcami wyjada ostatnie okruszki ciastka.<br />Czerwonowłosa kobieta z małym dzieckiem patrzy na nich dziwnie - spod przymrużonych powiek, wodząc za każdym ich ruchem i -&nbsp; być może - wsłuchuje się w ich rozmowę. Marcus patrzy na nią i wydaje mu się znajoma. Kiedy jednak łowi jej spojrzenie, ona tylko uśmiecha się niepewnie, przepraszająco i szybko zajmuje się swoim dzieckiem.<br />- A co byś zrobił, gdybym ci powiedziała, że urodziłam dziecko? - pyta Mała, uśmiechając się niewinnie i stukając palcami o stolik, chyba trochę go parodiując.<br />Marcus krztusi się powietrzem i wznosi oczy do nieba.<br />- Mówię ci: ma teraz jedenaście lat i ma na imię Lucy. Podoba ci się, Duży? - kontynuuje spokojnie kobieta, błądząc wzrokiem po fioletowych owocach. Oczy jej się śmieją.<br />- Lucy na niebie, tak, podoba mi się. I z diamentami - mówi z uśmiechem mężczyzna. - Wiesz, nie wiem, co bym zrobił. Nigdy nie brałem tego pod uwagę.<br />- A powinieneś - mówi Mała, mrużąc groźnie oczy. Wygląda trochę jak kotka. - Nastolatki mają ogromny talent do zachodzenia w ciążę, nie uważasz?<br />Pierwsze krople deszczu uderzają o talerz i ludzie zaczynają się zbierać. Elegancko ubrane kelnerki z uśmiechem zbierają talerze i zapraszają do środka.<br />Mała dziękuje za szarlotkę i prosi o rachunek. Potem odwraca się w stronę Marcusa i dopiero wtedy - zdaje się - naprawdę go widzi. Podchodzi do niego prawie na palcach i siada mu na kolanach. Nachyla mu się do ucha.<br />- Nie brakuje ci magii? Niektórzy nazywają ją darem, poezją życia, narkotykiem, przekleństwem...&nbsp; Jakkolwiek jej nie nazywają, zawsze za nią tęsknią. Życie jest nudne, nie pamiętasz? <br />Niedbale gładzi ją po włosach, czując krople deszczu, pieczone jabłka i spojrzenie tamtej czerwonowłosej. Powoli rozbrzmiewa płacz dziecka.<br />Samotność jest rzeczą trudną - Marcus starał się o nią tak długo, tak usilnie pilnował i nagle wszystko pękło. Jakie to typowe.<br />Obejmuje kobietę ramieniem i zupełnie jej nie słucha.<br />Co teraz? - może pójdą na deszczowy spacer, ona wtulona w jego mokrą kurtkę i rozprawiająca o francuskich laleczkach i obrazach nieznanego mu artysty? Jej włosy szybko zamienią się w strąki i będzie narzekać na ich ciężkość, że szarpią jej skórę głowy i zaraz popłynie krew. On będzie patrzeć na nią wyrozumiale, ponieważ jest młodsza i ma prawo zachowywać się jak mała dziewczynka. A może raźnym krokiem ruszą do teatru, a Mała będzie przekonywać, że przemoczeni i brudni idealnie nadają się na premierę sztuki?<br />A potem Marcus będzie żałował.<br /><br /><br />- Bażanta? - pyta Marcus, a Mała uśmiecha się kpiąco. - Wczoraj znowu przyrządzałem. Całkiem smaczny.<br />- Ale ja ci wierzę. Po prostu kiedyś nie lubiłeś bażantów. Bardzo. - Jej głos jest pewny, donośny i na swój sposób zdaje się być szczęśliwy. - Krzywiłeś się na samą wzmiankę o nich, prawie tak samo jak ja na widok cytryny. Popadłeś w depresję kulinarną i doszczętnie zmieniłeś swoje gusta? - pyta, siedząc po turecku na podłodze i przerzucając stos winylowych płyt.<br />Z gramofonu sączą się jakieś nastrojowe ballady, idealnie wpasowując się w klimat świec i czekoladowych lodów w pucharkach. Za oknem niebo czernieje, krople deszczu stukają coraz donośniej, natarczywiej, zwiastując burzę.<br />- Widzisz, uznałem, że skoro zrezygnowałem z magii, to muszę dać sobie coś w zamian - odpowiada Marcus z dziwacznie poważną miną. - A bażantów nienawidziłem, bo mam niemiłe wspomnienia.<br />Mała świdruje go wzrokiem, zamierając nad stosem płyt. Nieznacznie drży jej kącik warg. Przypomina mu to taką wariatkę ze szkoły - Luizę, Lucy?<br />- Z tą wymianą to ironizujesz? - pyta po dłuższej chwili.<br />- Nie, mówię poważnie. Śmiertelnie. Choć wiem, że to głupota.<br />Niebo przecina pierwsza, zygzakowata rysa, a w ślad za nią podąża potężny grzmot. Mała podnosi głowę przerażona, na co Marcus lekko się uśmiecha - zawsze bała się burzy. Mężczyzna zbiera brudne pucharki i wrzuca je do zlewu. Potem powoli kładzie się na zimnych kafelkach.<br />Mała staje i patrzy na niego z góry. Na jej wargach znów kwitnie ten dziwny, prawie obłąkańczy uśmiech, który sprawia, że Marcus ma ogromną ochotę zapytać, co robiła przez te wszystkie lata. Ale może jeszcze nie nadszedł na to czas?<br />- Niedługo masz urodziny - mówi w końcu kobieta, kładąc się na brzuchu i uważnie obserwując jego twarz.<br />- Nie ma co się cieszyć z tych trzydziestu sześciu lat - odpowiada Marcus, nie poruszając się.<br />- Nie o to mi chodzi. - Mała kręci się, jakby nie potrafiła kilku minut spędzić nieruchomo. Przymyka powieki. - Masz urodziny i trzeba ci urządzić małą niespodziankę. I to będzie taki teścik zaufania. Zawiążę ci chustkę na głowie, koniecznie o świcie i ruszymy jeszcze cichym Londynem. - Uśmiecha się szeroko. - To taka... popularna gra - kończy niepewnie, w odpowiedzi na jego spojrzenie.<br />- Popularna? - pyta ironicznie, śmiejąc się.<br />- No niech będzie, ja ją wymyśliłam. A może nie do końca wymyśliłam, bo przecież ludzie tak robią. Nieważne. Pamiętam, że grałam to z przyjaciółką w jej piętnaste urodziny.<br />Zapada cisza przerywana tylko grzmieniem i cichymi dźwiękami ballady. Marcus zastanawia się, skąd ma tę płytę, ale potem coś go niepokoi.<br />- Zamierzasz mnie do nich zabrać? - pyta.<br />- Tylko jeżeli będziesz tego chciał - zapewnia go szybko Mała, na powrót siadając.<br />- Widzisz, Mała, chciałbym wiedzieć... złapaliście już Alecto Carrow?<br />- Tak - odpowiada kobieta, patrząc mu prosto w oczy. Powieki jej nie drżą, głos jest pewny i mocny, a dłonie schowane w kieszeni.<br />- A jednak kłamiesz.<br />Uśmiech na jej ustach gaśnie.<br />- Aż tak słabo kłamię? - pyta nieśmiałym głosem.<br />- Nie, jesteś wprost idealna. Perfekcyjna. Świetna.<br />- No, już przestań - mówi Mała, lekko się rumieniąc. - A tak poza tym; wyszukany komplement.<br />Ale Marcus zdaje się jej nie słuchać - głowę ma skierowaną na sufit, wzrok wodzi wzdłuż zielonych płytek i kobieta widzi tylko jego profil. Jego palce bezwiednie obijają się o podłogę.<br />- No, bo cóż, Mała. Wiem, że kłamiesz, bo to ja ją zabiłem.<br />Kobieta ściska go za rękę tak mocno, że on wykrzywia wargi.<br /><br /><strong>2.</strong><br />Dzieciństwo lubi pachnieć ciepłym mlekiem i miodem.<br />Marcus najbardziej pamięta wydrążone łupiny orzechów, pachnące dwojako - lasem, ale i wieczornymi bajkami, bo przecież dzieciom wszystko może pachnieć wszystkim. Nie może zapomnieć mlecznobiałych ścian i piłek rzędem poustawianych na półce, przypominających trochę kulki przepowiedni. Przez mgłę pamięta również małego, białego jak śnieg psa, z którym najbardziej lubił bawić się w rzadkim śniegu; w takie chowanie, nie-chowanie.<br />Matka była wysoka i szczupła, tak, i miała błękitne oczy. Mężczyzna lubi wspominać jej nimfowatość i grację z jaką biegała po domu, a stopy zdawały się odbijać w gładkim drewnie. Wciąż kojarzy jej zapach - piwonie i marmolada; czy kobiety naprawdę mogą pachnieć w ten sposób, czy to była tylko dziecięca wyobraźnia? Matka lubiła czytać książki, szybko szeleszcząc papierem, zbierać grzyby w pobliskim lesie i kolekcjonować ręcznie robione lampiony. To była taka jej dziwaczna pasja - Marcus pamięta własną rozkosz i spłoszone spojrzenie, wodzące za setką świecących lampionów. To był cmentarz matki, jej raj, lubiła przejeżdżać palcami po chropowatym materiale i wdychać zapach oleju.<br />- Chciałabym... - zaczęła kiedyś, tak dawno temu, kiedy pachniała jeszcze marmoladą a nie kamieniem i białymi różami. Za oknem czaiła się noc; niebo przybierało w granat, a komary wlatywały do oczu. <br />- ...chciałabym, żeby mój synek był królewiczem. - Usta układały się w zgrabny uśmiech, ale w oczach coś dziwnie błyszczało. Marcus miał dopiero poznać, co oznacza taki błysk, złowrogi, niepewny, ale wtedy miał dopiero pięć lat i buzię upapraną czekoladą.<br />Mężczyzna pamięta, że potem kilka godzin stał przed lustrem. Wodził wzrokiem wzdłuż chudych ramion, potarganych włosów i czerwonych policzków. Stroił miny, podskakiwał i tulił pluszowego misia. Obiecał sobie nie zawieść lukrowego uśmiechu mamy.<br />Parę lat później uznał, że jest za brzydki nawet na księcia, nie mówiąc już o królewiczu.<br />Tylko, że wtedy to nie miało już znaczenia; kiedy miał dwanaście lat, mama wpadła pod mugolski pociąg z naręczem pelargonii w dłoni.<br /><br /><br />Ojciec był zwyczajny.<br />Czytywał gazetę wieczorami, sączył czarną kawę i nienawidził brata dlatego, że ten miał szczęście stworzyć przełomowy eliksir i zapewnić rodzinie luksusowy byt. Ojciec Marcusa nie miał tyle szczęścia - dom był stary, przegniły przy gruncie, a zimą mróz wdzierał się do małych pokoi. Chłopak miał na to własne sposoby; do cienkiej poszewki wkładał między puch wszystkie swoje pluszaki i był zmuszony spać w samotności. Ale w cieple.<br />Marcus pamięta nieuważne spojrzenie ojca, szybko spełzające od jego głowy aż do stóp. Nauczył się mówić do jego nóg, nie mrugać powiekami i uśmiechać się lekko, kiedy należało. Ojciec należał do gatunku tych surowych, a w swojej zwyczajności był zwyczajny bardziej od innych - tak bardzo, że czasem Marcus zastanawiał się, jak mógł związać się z matką.<br />Ona - w letniej sukience, przeskakująca po kilka schodków na raz, on - cichy, milczący, strapiony, stawiający powolne, równe kroki. Przeciwieństwa mają niesamowity magnes wzajemnego przyciągania. Tylko że potem lubią oscylować na granicy rozstania, bycia razem dla przyzwoitości, z litości i pachnieć czarną kawą. Tak przynajmniej wyobrażał to sobie mały Marcus.<br />Kiedy ojciec miał zły humor, matka zamykała się w pokoju pełnym lampionów i wtedy Marcus zostawał sam.<br />Kiwał się na kanapie, przekładał zabawki z półki na półkę i przeglądał kolorowe obrazki. Poznawał smak samotności - coś na kształt nuty gorzkiej herbaty i nieskazitelnie czystej wody. Prawie nie ma smaku, prawie nie ma woni, bo przecież to brak czegoś. Brak kogoś - ludzi.<br />Mimo to dzieciństwo Marcusa pachnie tak, jak pachnieć powinno. Mężczyzna pamięta spieczone słońcem spacery i rogal księżyca zawieszony za oknem. Lubi wspominać źdźbła trawy, lekko zarysowujące jego skórę, zapach świeżego żyta i chleba pieczonego w wielkim piecu. Uwielbia urywki z odkrywania magii - samotne jak zawsze nocne spacery i unoszenie rąk do góry. <br />A najbardziej pamięta swojego małego pieska, chociaż nie może sobie przypomnieć, jak on miał na imię. Taki mały, skoczny, figlarny - o sierści bielszej od śniegu i miękkiej jak bawełna. Z oklapniętymi uszami i czarnym, okrągłym noskiem.<br />Marcus nie ma pojęcia, co się z nim stało.<br /><br /><br />Potem był Hogwart - wielki gmach zamku z wieżyczkami i rozległe, zielone błonia. Szkolne dni szybko rozpływają się w pamięci, zbyt podobne do siebie - kojarzą się z wielkim pasmem sukcesów poprzetykanym porażkami, trudami zadań domowych i wiecznych lekcyjnych dowcipów. Kiedy się dorasta, szkołę prawie zawsze wspomina się z roztkliwieniem - ach, jakbym chciał być znowu w szkole; mówi wiele ludzi.<br />Również Marcus tak to widzi - szkoła jest pełna uroku, ciepła i pierwszych młodzieńczych rozterek. Marcus nie pamięta nawet tych kilku poniżeń - &quot;Ten Belby to idiota&quot; - lubili wspominać niektórzy jego koledzy. Ale z późniejszego okresu wspomnienia stają się wyraźniejsze, ich kontury się zaostrzają, przypominając zdjęcia, które można obejrzeć w wolnym czasie.<br />Wieża rozjarzona błyskawicami, niebo zalatujące purpurą i jego własny strach umiejscowiony w małym okienku dormitorium. Pogrzeb Dumbledore'a był pierwszym dniem otępienia, wiecznego strachu i wiecznej tęsknoty i zapowiedzią, że od teraz może być już tylko gorzej.<br />Wojna była dla niego jak brudny, szary papier; bez barwy i zapachu, bez odgłosów i ciszy - samotność. Był za tchórzliwy, żeby walczyć jak Potter i tworzyć GD jak Ginewra, więc pozostały mu tylko puste poranki w wieżyczce Ravenclawu i nieśmiałe rozmowy z taką jedną wariatką, która lubiła chodzić w naszyjniku z kapsli. Czasem ją uwielbiał - bo miała taki kojący, czysty głos i potrafiła go pocieszyć, kiedy był zmęczony Alecto Carrow. Innym razem jej nienawidził - bo była sto razy odważniejsza od niego, mimo że była drobniejsza, bledsza i była dziewczyną.<br />Wojna się skończyła, zanim on nauczył się w niej istnieć. Kiedy nastał pokój, poczuł jakby coś mu odebrano; zawsze miał przed sobą widmo wojny, walkę, rozpacz, a teraz przed nim była tylko pustka. Nikt go nie nauczył żyć bez strachu, poruszać się swobodnie, a nie chować się pod purpurową poduszką.<br />Popadł w letarg - jeździł rozwalającym się autem po całym kraju, sypiał w brudnych motelach i czytywał mugolskie książki. W jego świecie, w Londynie wciąż było źle - ludzie nie potrafili poradzić sobie z pokojem i powstaniami śmierciożerców.<br />Tylko wtedy jakoś nie bardzo go to obchodziło.<br /><br /><br />To był chłodny, letni poranek.<br />Miał dwadzieścia dwa lata i był zmęczony życiem; nie wiedział, co robić, czego się uczyć, jak żyć. Samochód jeździł coraz wolniej, silnik częściej nawalał i, prawdę mówiąc, Marcus miał już dość.<br />Jechał jakąś nierówną drogą, auto podskakiwało na wertepach i kamieniach. Przez opuszczone szyby sączył się zapach lasu, żyta i letnich kwiatów. Z ukradzionego radia dudniła mugolska rąbanka - Marcus pamięta, jak zaciskał palce na kierownicy i nieznacznie podskakiwał na fotelu w takt muzyki.<br />Poboczem szła niewysoka dziewczyna z długimi, jasnymi włosami. Przez ułamek sekundy Marcus chciał ją minąć i ruszyć dalej w nieznane, jeździć od motelu do motelu, a może nawet stawić się w Ministerstwie Magii i pomóc szukać zbiegłych śmierciożerców. Jednak coś kazało mu się zatrzymać.<br />Dziewczyna wyglądała najwyżej na siedemnaście lat, ubrana była zwyczajnie - jakiś lekki sweterek i wytarte spodnie - oczy miała duże i czujne, a cerę jasną i bladą. Marcus pamięta własne wahanie i słodki zapach, który dotarł do jego nozdrzy - jakieś kwiaty, czekolada, marmolada, przecież to niemożliwe, żeby kobiety pachniały w ten sposób. Jednak Mała nigdy nie była normalną kobietą.<br />- Pani dokąd? - zapytał, nie wiedząc nawet dlaczego i czując suchość w ustach. Zwolnił maksymalnie i poruszał się żółwim tempem w rytm kroków dziewczyny. Przypatrując się jej uważnie, dostrzegł podobieństwo do matki - nie wiedział nawet, gdzie ono się zaczyna, a na czym kończy, ale widział coś takiego w jej oczach, co przypomniało mu światełka lampionów odbite w źrenicach jego mamy.<br />Dziewczyna uśmiechnęła się wdzięcznie, szybko zaciskając drobne palce na torebce, a Marcus prześladowało pytanie - skąd na tym pustkowiu wzięło się takie dziecko?<br />- Mam ciotkę we wsi - odpowiedziała, nieznacznie przyśpieszając. Marcus już miał odjechać, ale dosłyszał w jej słowach kłamstwo. Zresztą dziewczyna nie wyglądała na wieśniaczkę, a coś w jej wymowie świadczyło o nieangielskim pochodzeniu.<br />- Pewnie uciekłaś z domu - powiedział Marcus, patrząc na słońce pojawiające się między drzewami. - Jesteś strasznie młoda i sama <em>nigdzie</em> tylko z maleńką torebką. Dokąd chcesz się udać?<br />- Przed siebie - odpowiedziała pewnie, wyciągając z torebki gumkę i związując włosy w zgrabny kucyk. - Podobnie jak pan, jak mniemam.<br />Marcus przez chwilę zastanawiał się, czy dziewczyna jest mugolką. Jednak w jej oczach było coś tak jawnie magicznego, w jej ruchach i włosach skrzył jakiś dziwaczny czar, że mężczyźnie wydawało się, że jest nie tylko czarownicą, a nawet wilą.<br />- Wsiądziesz? Odstawię cię do domu - zaproponował, ponownie czując, jak słowa same wymykają mu się z ust. Mała uśmiechnęła się przebiegle, patrząc w stronę lasu. Takie kobiety nie powinny istnieć.<br />- Tak? Świetny pomysł. Wsiądę, zajedziemy ten malutki kawałeczek do lasu, a pan mnie zgwałci. Cudowna propozycja, ale pozwoli pan, że nie przystanę. - Przyśpieszyła jeszcze bardziej, a Marcus odczuł jakiś nieznany mu żal, nacisnął pedał gadu i szybko ją dogonił. Nie mogła mu teraz umknąć, za bardzo przypominała mu matkę, o jej wieczorach z książką i białych sukienkach.<br />- Też jestem czarodziejem - powiedział, wiedząc ile ryzykuje. Gdyby dziewczynka okazała się jednak mugolką, miałby poważny problem.<br />- Och, naprawdę? - spytała zdziwiona, śmiesznie mrużąc oczy. - Czarodzieje mają licencję na nie gwałcenie ładnych dziewczyn?<br />- Jesteśmy sami, nie ma nikogo. Po co miałbym wieźć cię do lasu?<br />Dziewczyna przystanęła na poboczu, wyraźnie się wahając. Kwiatowy, wili zapach stał się na tyle wyraźny, że Marcus szukał na jej ramionach widma skrzydeł i szponiastych zarysów paznokci.<br />- Dlaczego mi się pan tak przygląda? - spytała głośno, a mężczyzna natychmiast spojrzał jej w oczy. - Dobrze, wsiądę, a pan zawiesie mnie do najbliższej wioski. Mam ochotę zatrzymać się w najbliższym gospodarstwie, gdzie jest mleko i jezioro - powiedziała pogodnie, otwierając sobie drzwi. Jej błękitne oczy uważnie rozejrzały się po całym samochodzie. Spoczęły na pustych torebkach po chipsach i lasagne na wynos. Omiotła spojrzeniem kurz na szybach i wiszące radio na kilku kabelkach. Kąciki jej ust rozciągnęły się we współczującym uśmiechu.<br />- Jest pan samotny - powiedziała, siadając na fotelu. <br />- Jestem Marcus - szybko zmienił temat, nie patrząc jej w oczy. - A ty? - Starając się nie wdychać odurzającego zapachu, położył stopy na pedałach. &quot;Czy pani jest wilą?&quot; mogłoby zabrzmieć nieco obcesowo.<br />- A ja nie mam imienia - odpowiedziała pewnie, zaciskając palce na kolanach. - Możemy już jechać?<br />Niebo jakby pojaśniało.<br /><br /><br />Zawiózł ją do najbliższej wioski i został razem z nią.<br />Najpierw mieszkali w pokojach naprzeciwko i rozmawiali wieczorem przy filiżance herbaty. Mała znikała na całe dnie, błądząc po lasach i szukając nimf w jeziorach. Dziewczyna uwielbiała szukać magii na polach i łąkach, kopać w piasku, aby odnaleźć kawałek drewna i wracać wczesnym świtem.<br />Potem zaczęli odkrywać magię razem - a Marcus nauczył się znów nią cieszyć, odnalazł różdżkę w połach jesiennego płaszcza i wspominał te czasy, kiedy była jego najbliższą przyjaciółką. Szukali magii w błękitnym niebie, brudnej wodzie i trujących grzybach. Marcus uwielbiał patrzeć na Małą; jak skupiona pochyla się nad ziemią i potrząsa głową tak, że włosy plączą jej się po piasku. Jak dziecinnie cmoka, sącząc czarną kawę, marudząc, że chce cukru i jak niszczy jasne, letnie sukienki. Tylko czasem myślał, że robi coś złego, bo Mała jest bardzo mała i powinna mieszkać z rodzicami.<br />Dużo rozmawiali, ale raczej filozofowali, niż mówili o życiu. Szczególnie ona była bardzo skryta - kiedy tylko pytał ją, skąd się wzięła i czy ma rodziców, śmiała się głośno, radośnie i zmieniała temat. Czasem próbował rozpoznać jej akcent, wsłuchując się w znakomity angielski, ale wtedy Mała zamykała usta i milczała do wieczora. Nie lubiła jego nagabywań o jej dawne życie.<br />A potem stało się tak, że jej życie stało się ich życiem i już nie musieli o tym rozmawiać.<br />Wtedy opuścili przytulne gospodarstwo i ruszyli w świat - Londyn, Paryż, Wenecja i Marcus musiał oszukiwać, żeby zdobyć pieniądze. A Małą niewiele to obchodziło - ściskała w ręce tę swoją torebkę, ten jedyny bagaż i czasami, ale to bardzo rzadko przeglądała ukryte w niej zdjęcia. Raz Marcus dojrzał jedno - niski pan obejmował na nim trzy niebiańsko piękne kobiety. Trzy wile.<br />W końcu Mała powiedziała mu, że jego babcia była wilą.<br />A jemu jakoś to nie przeszkadzało.<br /><br />Alecto Carrow się skończyła.<br />Marcus zrozumiał to, kiedy wpadł na nią pod jakimś mugolskim motelem, kiedy Mała zniknęła na kilka godzin. Oczy miała wypalone, włosy brudne i siwe, i wyglądała jak stara wariatka. Podzieliła los większości niepojmanych śmierciożerców.<br />Marcus pamięta każdą sekundę bólu, jaki mu zadała. Każdy zwierzęcy skowyt i każdy prąd wędrujący po rękach. Leżał na brudnym chodniku i zaciskał palce na łokciach, byle nie wrzeszczeć, byle nie dać jej jeszcze większej satysfakcji. Wokół śmierdziało krwią, potem i kurzem, nie było nikogo, a Alecto mściła się za całe swoje życie.<br />Niebo było brudne, zachmurzone, a ściany motelu obskurne. Skądś sączyły się nastrojowe, spokojne ballady, a Marcus zaczął krzyczeć, wierząc, że ktoś go usłyszy. Darł się, aż do zdarcia gardła, zachrypł i nie mógł wydobyć z siebie głosu. Ale nikt nie przyszedł - może rzeczywiście nikt go nie usłyszał, a może tutejsi ludzie byli przyzwyczajeni.<br />Skądś znalazł w sobie siłę, by wstać i, nim zaskoczona Carrow zdążyła zrobić cokolwiek, zabił ją jej własną różdżką.<br />I wtedy znienawidził magię.<br /><br /><br />Schody w motelu skrzypiały.<br />Jego pokój był pusty, więc brudny, zakrwawiony i z trudem chodzący, zaczął szukać jej po całym motelu.<br />I znalazł ją.<br />To był pokój numer sto dwadzieścia dziewięć, obdrapane ściany, włączona lampka nocna i wielkie łóżko. Na jej twarzy odbijała się ekstaza, większa niż przez całe dziewiętnaście lat jej życia, oczy miała przymknięte, a wargi rozciągnięte w uśmiechu. <br />On gładził ją po włosach, po <em>jego</em> włosach, po ślicznych, długich pasmach, które tak lubił moczyć, żeby zamieniły się w strąki. <br />Mała jęknęła cicho i wbiła paznokcie w plecy mężczyźnie o czarnych włosach i długich rzęsach.<br />Marcus pamięta własną, straszną&nbsp; myśl, że jest w stanie zabić ich dwójkę, że jest w stanie zrobić wszystko, ale wtedy spojrzał jeszcze raz na Małą i zrozumiał, że ją kocha. Chyba.<br />Nie zauważyła go, ani nie usłyszała, gdy wychodził.<br />Noc była gorzka i ciemna, a na zachodzie zbierała się burza.<br /><br /><strong>3.</strong><br />Gdzieś na dworze szaleje burza, a Mała rozlewa czerwone wino do maleńkich kieliszków.<br />- Wiesz, że lubię mówić - zaczyna kobieta, uśmiechając się i siadając na krześle. Marcus kładzie na stole sałatkę warzywną i nieprzytomnie miesza ją plastikowymi sztućcami. Po chwili wahania siada naprzeciwko.<br />- A ty chcesz mnie zapytać, co się ze mną działo. Och, nie zaprzeczaj, widzę, jak na mnie patrzysz, jak otwierasz usta, a potem je zamykasz. Wtedy, w nasze szalone trzy lata, unikałam odpowiedzi. Teraz ci opowiem.<br />Marcus nieprzytomnie bębni paznokciami w stół, wsłuchując się w każde słowo kobiety. Rozgląda się po kuchni, omiata spojrzeniem czarne niebo, aż w końcu wpatruje się w płomień świeczki.<br />- Wojna zaczęła się, kiedy miałam jedenaście lat - mówi Mała, wpatrując się w podłogę. W jej oczach odbija się masa emocji; od strachu, niepewności, aż do radości - pewnie nigdy tego nikomu nie mówiła. Głos ma słodki, dziecinny, ale na swój sposób głęboki. Co jakiś czas podnosi głowę na donośne dźwięki grzmotów, a białe włosy wpadają jej do ust. - Byłam tutaj przez chwilę w Londynie, ale potem rodzice zabrali mnie z powrotem do Francji i ukryliśmy się w jakimś miasteczku na południu. Wiesz, mugolski domek, nie mogłam wrócić do szkoły, więc uczyłam się w domu... W końcu z nudów wzięłam się za mugolskie książki; często zastanawiałam się... - Zawiesza na chwilkę głos, a oczy jej błyszczą. - Zresztą, nieważne. Byłam odcięta od świata, od wojny, czarodziejów, miałam tylko swoją nauczycielkę, ale z nudów zaczęłam poznawać ten inny świat. Wiesz, biblioteki, teatry, kina. Wpatrywałam się w sztuczny projektor i zastanawiałam się, czy moja siostra jeszcze żyje. A rodzice trzymali mnie w zamknięciu - z jej słów wyziera gorycz, a oczy błądzą po całym domu. - Potem wojna dobiegła końca, a ja dalej nie mogła wyjechać do Londynu, bo rodzice uważali, że to niebezpieczne. Wróciłam do Akademii, uczyłam się pilnie, wytrzymałam, nie powiem, trzy lata. Potem zwiałam. Właściwie to nie wiem czemu. Kochałam moich rodziców, nie chciałam ich zranić, ale czułam się ukryta przed światem, nie wiedziałam nic o życiu... Podszyłam się pod jakąś moją ciotkę i ruszyłam samolotem. Uczucie jest dziwaczne, wiesz? Zupełnie inne niż latanie miotłą, widzisz przez szybę chmury, ale nie możesz ich dosięgnąć... - Upija łyk wina, patrząc mu w oczy. - Dotarłam do Anglii, spotkałam się z siostrą; miała wtedy masę problemów na głowie, dom, dziecko, mąż, który może i nie był wilkołakiem, ale czasami bywał niebezpieczny. Nikt nie miał ochoty zajmować się zbuntowaną wariatką, więc Bill miał odstawić mnie do domu. Miałam już doświadczenie - zwiałam. Błąkałam się w różnych miejscach, wpadłam, jak to mówią, w złe towarzystwo, upijałam się Ognistą i chodziłam nocą po mieście. Może ci się wydawać, że byłam bardzo dojrzała; miałam piętnaście, szesnaście lat i dałam sobie radę. Skądże, byłam rozkapryszonym bachorem, wychowanym na księżniczkę, który miał masę szczęścia. Musiałam również uciekać, często wpadałam na ludzi, którzy mnie szukali. Dałam radę tylko dzięki temu, że byłam zdolna; wiesz takie rodzinne umiejętności magiczne. Potem pojawiłeś się ty. - Przerywa na dłuższą chwilę, nakładając sobie sałatkę. Miesza widelcem w warzywach, a Marcus nie chce jej namawiać, żeby kontynuowała. - Kiedy zniknąłeś... Miałam dziewiętnaście lat i znowu zostałam sama. Gość, który podał mi eliksir miłosny szybko się nasycił i... Nie wiedziałam, dlaczego zniknąłeś, mogłeś poczekać, porozmawiać. Zaprzyjaźniłam się z Luną Lovegood i trochę u niej mieszkałam. Szukałyśmy cię razem, ale wiedziałyśmy tylko tyle, że odszedłeś ze świata czarodziejów. Ciężko było cię wytropić. Poza tym, zawsze miałeś lekką awersję do magii. To tylko wojna, czy twoja matka była mugolką? - pyta, ale Marcus w milczeniu pochłania sałatkę. Mała przechyla głowę nieco w bok, a potem bierze głęboki oddech. - Potem dałam spokój Lunie, tobie, miałam dosyć i wróciłam do Francji. Spotkałam się z rodzicami, nie chcieli uwierzyć, że to ja. Trochę to było żałosne, taki powrót po tylu latach. Musiałam zdać egzaminy magiczne, potem poszłam na mugolskie studia - literatura francuska, nadal kochałam czytać. Miałam niemal setkę facetów, jednych przelotnie, drugich na stałe, czasem odwiedzałam siostrę i jej rodzinę, błąkałam się po mugolskim Londynie. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Widzisz, Duży, miałam szesnaście lat i kochałam cię całą sobą, co jest chyba naturalne. I nagle zniknąłeś. To wojna tak cię zniszczyła? - kończy, zawieszając głos. Trochę chrypi i dopija wino. Wydaje się być zmęczona.<br />- Dobrze, że wróciłaś - mówi Marcus.<br /><br /><br />Kiedy Mała zawiązuje mu chustkę na oczach, nastaje ciemność.<br />Przez chwilę powraca dziecinny lęk przed nieznanym i ten doroślejszy - przed utratą kontroli, przed zdaniem się na kogoś, przed absolutnym zaufaniem. Marcus się chwieje i rozpaczliwie wyciąga przed siebie dłonie, przejeżdża nimi po chropowatości ścian, szukając wyjścia. I wtedy zmysły mu się wyostrzają.<br />- Śmiesznie wyglądasz - mówi głośno Mała, stukając butami o podłogę. - Poczekaj tu chwilkę, pójdę tylko po sok. Nie bój się, nie zostawię cię tutaj.<br />Marcus kręci się w kółko po własnym mieszkaniu, niczym w zabawie w ciuciubabkę i stara się wyczuć, gdzie jest. Dochodzi do niego zapach damskich perfum, mydeł i kwiatów i już wie, że jego mieszkanie stało się dokładnie takim, jakim nie chciał, żeby się stało.<br />- Kończysz trzydzieści sześć lat. - Głos Małej zdaje się być donośniejszy niż zwykle, zdaje się wibrować na nieokreślonej granicy i może dobiegać skądkolwiek. - Możemy pójść dokąd zechcę, tak? - pyta lekko i z nonszalancją, ale Marcus słyszy niepewność w tym pytaniu. Uśmiecha się nieznacznie, a kobieta oddycha z ulgą. Chwyta go pod ramię i wychodzą na korytarz.<br />Marcus czuje zapach farby, której używano wiele tygodni temu, brudnego psa, który mieszka na samym dole i dziwny, metaliczny zapach, który kojarzy mu się z krwią. Porusza się niespokojnie, ale Mała uspokajająco gładzi go po ramieniu. Po chwili do jego uszu dociera chrzęst zamka.<br />Kiedy drzwi wejściowe otwierają się z rozmachem, Marcusa owiewa gorące, ciężkie powietrze. Przechodzą razem przez próg, a wtedy mężczyznę przechodzą dziwne dreszcze. Chwilę zastanawia się nad niezidentyfikowaną przyczyną tego uczucia, aż nachodzi go banalna odpowiedź - nie widzi nikogo, a jego widzą wszyscy. Wprost czuje na sobie natarczywe spojrzenia, wymierzone w niego palce, bardziej wyczuwa niż słyszy śmiech zabarwiony zdziwieniem. Dlaczego Mała musi być tak szalona? - myśli.<br />- Musisz się skupić - słyszy jej szept tuż przy uchu i drży. - Żebyś wiedział, gdzie jesteśmy.<br />Obija się o ludzi, czuje ich zapach - mydło, pot i dziwaczna, osobista woń, każda inna. Miasto jest istną kakofonią zapachów - od ludzi poprzez rozmaite zwierzęta, aż do swądu samochodów, spalin i rozgrzanego asfaltu. Czasem dociera do niego zapach kawiarń, barów i sklepów; czasem czarna kawa, rurki z kremem i czerwone wino, kiedy indziej frytki z mięsem i kompot. Jak mógł tego nie dostrzegać?<br />Doskonale wie, kiedy przechodzą drzwi Dziurawego Kotła. Czuje zapach kurzu, ale taki inny niż zazwyczaj - lżejszy, bardziej rozrzedzony, niemal słodki, słyszy dźwięki kieliszków i podekscytowane głosy, a przez czarną apaszkę przebijają się złote iskry. Nie chce tego przyznać sam przed sobą, ale najbardziej czuć tutaj magię - powietrze jest gęstsze i lepkie, podłoga zdaje się falować, zapachy są ostre, jakby dodano im przypraw. Świat czarodziejów jest wyrazistszy, a nigdy tego nie zauważył.<br />- Nigdy nie lubiłam tych cegieł - mówi Mała i na chwilę puszcza jego ramię. Marcus czuje się wtedy bardzo samotny; dużo bardziej niż przez te jedenaście lat. Kręci się rozpaczliwie wokół własnej osi.<br />- Boisz się - szepcze kobieta tuż przy jego uchu. - Taki jesteś lepszy, prawdziwszy. Wtedy widzę, jaki naprawdę jesteś. Nie znoszę brawury. O, szkoda, że nie możesz zobaczyć tych kolorowych witryn, byłeś tutaj w ogóle po wojnie? - Marcus często zastanawia się nad tokiem myślenia Małej, ale nigdy nie chciał znać legilimencji bardziej niż w tej chwili.<br />- Nie - odpowiada niechętnie. - Dokąd chcesz iść?<br />- Chce ci udowodnić, że nie tylko tobie jest ciężko - mówi Mała, przyśpieszając. - A masz chustkę na głowie, żebyś nauczył się słuchać. I żebyś nauczył się czuć.<br /><br /><br />Mała naciska klamkę i do uszu Marcus dobiega słodka, trochę zalatująca mugolskością, melodyjka.<br />Ale potem dociera do niego cisza - może niepełna, może gdzieś nad jego głową słychać trochę szeptów, lekki gwar, ale mężczyzna ma wrażenie, że jest tutaj ciszej niż powinno.<br />Zaciska dłonie w pięści i próbuje się skupić. Liczy kroki pokonane od ceglanej bramy, przypomina sobie zapach sklepu ze sprzętem magicznym i centrum handlowego. Kiedyś znał Pokątną na pamięć; każdy jej zakątek, każdy cal, każdą nutę zapachu. Jeżeli się nie myli są teraz niemal na skraju Pokątnej z Nokturnem.<br />- Jesteśmy w sklepie Freda i George'a? - pyta, a palce Małej zaciskają się na jego ramieniu. Gdzieś nad nim coś spada, jakaś kulka wyślizguje się z czyiś spoconych palców i toczy się po lepkiej od kurzu podłodze. Prawie widzi jej ruch, czuje, że pędzi do niego, a potem wie, że ma rację, kiedy kulka ociera się o jego stopy.<br />Machinalnie i niemal bez udziału woli pochyla się i zaciska na niej palce. Jest śliska i chłodna.<br />Zaraz za kulką nadciąga osoba, a jej kroki zdają się dudnieć w całym sklepie.<br />- George'a dzisiaj nie ma, ale jestem ja. - Głos jest cichy i wibrujący, wyraźny i rozmarzony. Marcusowi wydaje się, że dobiega wprost z jego głowy. - Och, Gabrielle, jesteś, jak miło cię znowu zobaczyć. Z tobą to trochę tak jak z ględatkiem, prawda? - Marcus nie może się powstrzymać od uśmiechu, ponieważ już wie, do kogo należy głos. <br />Luna mówi wesoło i szybko, a Marcus aż czuje jej szybkie ruchy. Wsłuchuje się w ciepłe słowa, powracając do tych wieczorów w wieży, podczas których była jego jedyną rozmówczynią. Siedząc i na powrót jej słuchając, dochodzi do wniosku, że ludzie, którzy spędzili z nią wojnę, nie byli aż tak nieszczęśliwi.<br />Czuje, jak Mała pochyla się nad nim.<br />- George siedzi na krześle naprzeciw ciebie.<br />A wtedy Marcus chce wyjść. Podchodzi, obejmuje Lunę, wymienia jeszcze kilka uprzejmych uwag i opuszcza sklep jak niewidomy, błądząc dłońmi po ścianach.<br />- Zostawiłem ich wszystkich - mówi, kiedy czuje na sobie ostre promienie słońca i słyszy znajomy gwar ulicy Pokątnej.<br />- Zostawiłeś ich wszystkich - potwierdza Mała, oplatając rękę wokół jego ramienia. - Ale nie użalaj się nad sobą. Teraz na to nieco za późno, nie uważasz?<br /><em>W jeziorze odbija się blade, lutowe niebo.<br />W uszach brzęczą ci nachalne wrzaski tłumu, jakieś piski, śmiechy, tworząc istną kakofonię dźwięków i przyprawiając cię o dreszcze. Siedzisz zgarbiony na ławce, na brudnej drewnianej desce i wpatrujesz się w mokre, jasne włosy reprezentantki tej francuskiej szkoły, której nazwy nie potrafisz wymówić. Patrzysz w jej roztrzęsione dłonie, takie drobne, aż sine z zimna i już wiesz, że ktoś w jeziorze jest dla niej naprawdę cenny.<br />Wdychasz wątły swąd jeziora i bierzesz głęboki oddech.<br />Wtedy z brudnej, lodowatej toni wypływa ten Potter - jego włosy przypominają wodorosty - obejmując taką małą dziewczynkę, wyglądającą jak Fleur o kilka lat młodszą. Przez krótką chwilę zastanawiasz się, kto przeniósł się w czasie, ale wtedy wrzaski przybierają na sile, ktoś mówi bardzo szybko po francusku, dla ciebie to tylko bełkot i dziwaczna plątanina słów.<br />Zaciskasz dłonie na zmarzniętych kolanach i obserwujesz małą dziewczynkę.</em><br />- Jakim ja jestem idiotą - krzyczy Marcus i wprost czuje na sobie jeszcze więcej palących spojrzeń. Wściekłym ruchem ściąga apaszkę z oczu. Walczy z oślepiającym światłem. - Gabrielle, mała Gabrielle - szepcze, przejeżdżając dłońmi po włosach Małej. Ta uśmiecha się szeroko.<br />- Potrzebowałeś wielu lat, Marcusie - mówi wesoło. - Ale nie martw się, wolę, jak mnie nazywasz Małą.<br />Mężczyzna szuka jej dłoni i zaciska na niej palce. Ruszają wąskim chodnikiem, a Mała przegląda się w brudnych szybach. Jej oczy zdają się być jeszcze większe niż zazwyczaj.<br />- Zapamiętałam cię - mówi, jakby wyrwana z kontekstu. Marcus wodzi za nią nieprzytomnym spojrzeniem. - Byłam mokra i przerażona i zobaczyłam właśnie zziębniętego, chudego chłopaka. Siedziałeś w piątym rzędzie, na ósmym miejscu licząc od lewej. Obok jakiegoś pucułowatego chłopaka w okularach, miał takie grube oprawki. - Ma takie rozmarzone oczy i odległy głos, kiedy mówi. Palce na jego dłoni nieco się rozluźniają. - Myślisz, że wsiadłabym wtedy, gdybym cię nie pamiętała? Poznałam cię, chyba po włosach, i byłam gotowa ci zaufać. Moja babcia była wilą. Od siódmego roku życia, czyli pełnego rozburzenia się we mnie magii, faceci się za mną oglądali. To nie ich wina, nie patrz tak na mnie, ale wyobrażasz sobie czym to jest dla siedmiolatki? Nie wiedziałam, co się dzieje, dlaczego, a rodzice zabraniali mi wychodzić z domu. Kilkunastu mężczyzn próbowało mnie zgwałcić, jednemu, jak wiesz, się udało. Wila jest tylko śliczna i wiesz... Wiesz, właściwie dlatego wtedy z tobą pojechałam. Nie patrzyłeś na mnie <em>w ten</em> sposób. Słuchałeś tego, co mówię. Byłaś ciekawy tego, kim jestem.<br />Marcus wyjmuje różdżkę i stuka nią w czerwone cegły.<br /><br /><br />Znowu szukają magii.<br />Próbują znaleźć ją w blasku świec, nutach gramofonu i nocnej burzy. Marcus lubi patrzeć, jak Mała przeszukuje jego podłogę - cal po calu - a włosy omiatają skórki z pomarańczy. Uwielbia wdychać słodki, kwiatowy zapach i pić z nią czarną kawę. Zwalnia się z pracy, bo przecież już tego nie potrzebuje, jest gotowy przekroczyć bramę magicznego świata już nie w czarnej apaszce.<br />I wszystko jest dobrze - Mała powiedziałaby; szalony rok -&nbsp; dopóki nie wyjeżdża sam na kilka dni. Wraca wcześniej i szarpiąc Małą za włosy myśli - jakie to typowe, jak w jakiś mugolskich telenowelach. Narzeczony wraca z wyjazdu i z kim zastaje ukochaną?<br />Za oknem pada śnieg. Marcus zdejmuje puchowy płaszcz, wolnym ruchem rozwiązuje zielony, ręcznie dziergany szalik i wdycha zapach własnego domu. Raźnym krokiem wchodzi do kuchni, wyjmując z siatki bażanta. Może upieką go razem, dokroją warzyw, a dom będzie pachniał pieczonym mięsem?<br />Kuchnia zamienia się w pokój sto dwudziesty dziewiąty, a on wyrzuca najpierw jego, a potem ją.<br />- Ty nie rozumiesz! - Oczy ma załzawione, różową koszulę byle jak zarzuconą na ramiona, włosy plączą się jej między kolanami. Wygląda, jakby oszalała. - Zostawiłeś mnie! Zostawiłeś mnie tutaj całkiem samą w tym swoim mieszkanku, a wszędzie czaiły się... Nie, Marcus, posłuchaj! <br />Mała pozostawia po sobie tylko czekoladowe masło do ciała i skarpetki w paski, które nie zdążyły się wyprać.<br />Marcus upija się, idzie do Luny Lovegood i wpada wprost w jej męża. Następnego dnia oboje pomagają mu znaleźć pracę w Banku Gringotta.<br /><br /><strong>4.</strong><br />Zapewne uda im się spotkać.<br />Jeśli istnieje jakaś przepowiednia, może porzucona z Departamencie Tajemnic, dotycząca Wili i Bażanta musi być inna niż pozostałe - ciepła, a nie lodowata i niebezwonna, a przesycona kwiatowym zapachem.<br />Patrząc w dobrą przepowiednię, trzeba wierzyć.<br />Mała będzie miała krótkie, czarne włosy i okulary z grubymi oprawkami. Może będzie pozować na intelektualistkę, a może zwyczajnie popsuje jej się wzrok. Będzie stać w londyńskim parku - a park będzie spieczony słońcem i nasycony ciężkim, dusznym powietrzem. Mała będzie siedzieć na chropowatej ławce i czytać książkę, a tuż przed nią, zaledwie kilka kroków, będzie stała mała dziewczynka. Można by nawet powiedzieć - mała księżniczka. Jej włosy będę złote, oczy duże i brązowe, a figura szczupła i zgrabna.<br />Marcus będzie miał już czterdzieści lat i włosy gęściej poprzetykane siwizną. Na widok Gabrielle będzie chciał skręcić i ruszyć krętą, kamienistą ścieżką, ale coś go zatrzyma. Wili czar - pomyśli - i spróbuje z tym walczyć, ale jak zawsze mu się nie uda.<br />Podejdzie do niej i usiądzie obok niej na ławce.<br />- To twoja córeczka - powie Mała. - Lucy.<br />Marcusowi głowa poruszy się w niedowierzaniu, ale wtedy zauważy, że Lucy ma jego oczy, jego dłonie i jego lekko przekrzywione nogi. A dziewczynka uśmiechnie się wdzięcznie.<br />- Tęskniłam - szepnie kobieta, a z jej głosu będzie wyzierać gorycz. - Spójrz na swoją córeczkę. Zachowuje się zupełnie tak jak ty; nienawidzi bażantów i eliksirów. Kocha słuchać muzyki.<br />Mała się uśmiechnie, a nawet Marcus uniesie kąciki warg. Na niebie pojawi się kilka chmur.<br />- Może pójdziemy razem na kawę, spacer i lody? - zapyta Mała, patrząc na niego niepewnie. - Odważysz się?<br />Szkoda, że nie wszystkie przepowiednie się spełniają.]]></description>
<pubDate>Wtorek 6 Lipiec</pubDate>
<comments>Wtorek 6 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title>[M] Czerwone Smoki</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=82#p82</link>
<guid isPermaLink="false">82@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Dedykowane <strong>Ham Stee</strong>.<br />Z podziękowaniami dla cudownej bety - <strong>Emci666</strong> i <strong>Aratanooniel</strong>.<br /><br /><br /><strong>Wspomnień nie da się zabić. Można je tylko zamalować czerwoną farbą.</strong><br /><br /><strong>O</strong><br /><em>Dziewczynka uśmiecha się szeroko.<br />Rumieńce kwitną na jej policzkach, kiedy staje na palcach, podnosi rączki do góry i obraca się niczym baletnica. Promienie sierpniowego słońca odbijają się od jej krótkiej, białej sukienki i srebrzystych bucików. Powietrze jest suche, rozgrzane i przesycone kwiatowym zapachem.<br />Dziecko bawi się w aktorkę - sceną jest soczyście zielona łąka, kurtyną koc w czerwono-żółtą kratę, a jedynym reflektorem słońce, zawieszone na niebie. Nóżki podskakują w takt wymyślnej choreografii, rączki klaszczą w rytm kroków, a usteczka już, już się otwierają, aby opowiedzieć bajkę.<br />Do tego zaczarowanego teatru przybył tylko jeden widz - chłopczyk w zniszczonych okularach, luźnej koszulce schowanej w spodnie i z nieznacznym uśmiechem na twarzy. Widać, że chce się przyłączyć - nóżki, schludnie złożone po turecku, poruszają się mimowolnie w rytm tańca jedynej aktorki - ale brakuje mu odwagi. Jego taneczne kroki zawsze są nieskładne, niechlujne - chłopczyk nie chciałby zakłócić siostrze wesołego tańca pod kurtyną z koca i słów bajki, które zapewne za chwilkę wypowie.<br />Lecz zanim dziecko otwiera usta, pochyla się z gracją i sięga po samotny listek. Przez chwilkę przypatruje mu się w świetle słońca i przejeżdża palcem wskazującym po jego zasuszonej powierzchni. Nagle listek unosi się nad jej głową i mieni wszystkimi kolorami tęczy. <br />Wszystko na chwilkę zamiera - chłopczyk zaciska palce na kolanach, dziewczynka otwiera szeroko oczy ze zdumienia i tylko mimowolnie kiwa rączką, a listek porusza się w takt jej ruchów. Czas nie ma znaczenia - nie trzeba wrócić do domu na zupę ogórkową, nie trzeba poukładać wszystkich pluszowych misiów, bo jest tylko opalona dłoń i listek we wszystkich kolorach.<br />- Magia - mówi dziewczynka, kiedy pierwsze, granatowe chmury zbierają się na zachodzie.<br />Aura tajemniczości i strachu zanika, napięcie opada, kiedy dziecko wierzy, że jest dobrą wróżką - taką o złotych włosach i nieskazitelnej twarzy, która może ozdabiać świat i leczyć dzieciom skaleczone główki. Wracają wszystkie bajki o magicznych stworzeniach - elfy fruwają nad jej włosami, krasnoludy wspinają się po jej stopach, a z oddali majaczy smok. Bo skoro dzięki niej listek unosi się w powietrzu, czemu smoki mają nie istnieć?<br />- Jesteś dobrą wróżką - potwierdza jej słowa brat, podchodząc i chwytając ją za rękę. Przez długą chwilę obracają się w kółko, patrząc z uśmiechem na liść o różnorodnych barwach. Uśmiechy zdobią ich młode twarze.<br />- Będę uczyć się magii. Prawda? - W pytaniu rozbrzmiewa lęk, oczy powtarzają - </em>prawda? prawda?<br /><em> Ale brat tylko uśmiecha się i kiwa głową. Jego siostra jest dobrą wróżką.<br />Słońce wciąż przyświeca, kiedy dzieci wracają do domu ze szczęściem w oczach i liściem w kieszeni.</em><br /><br /><strong>B</strong><br />Meredith od dawna wie, że jest kimś wyjątkowym.<br />Patrząc na krople, spływające po szybie, lubi wspominać dzień, w którym to zrozumiała - był to chłodny, jesienny wieczór, wracała do domu wściekła w czerwonej sukience, a łzy rozmazywały misternie tworzony makijaż. Żwir chrzęścił, kiedy szła bocznymi uliczkami, a latarnie oświetlały jej czarne włosy i blade policzki. Zaciskała ręce w pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę, byle tylko nie uderzyć czarnego kota, który przed chwilą czmychnął w zaułek.<br />Pamięta uczucie gorąca w gardle i lekkie buzowanie w głowie, wciąż czuje zapach wrzosów i niedawnego deszczu, może przywołać smak wina w ustach, ale nie potrafi sobie przypomnieć, dlaczego była aż tak wściekła. Złość spływała od mózgu, przez usta, które chciały wrzeszczeć na całe to pieprzone osiedle, po ramionach, aż do stóp, które poruszały się szybko, nienaturalnie, wbijając się w żwir, aż wkrótce złamała obcas i zmuszona była wracać boso. Drobne, ostre kamyczki kaleczyły stopy, ale Meredith szła żwawo, zaciskając z bólu palce na czarnej, ozdobnej torebce.<br />Księżyc wisiał na granatowym niebie i ironicznie świecił jej w oczy. Dziewczyna była gotowa wygrażać mu pięścią - <em>spieprzaj, srebrny talerzu</em> - ale wtedy poczuła, jak, zżerająca ją od środka, wściekłość ustępuje przerażeniu.<br />W odróżnieniu od wściekłości nie parzyło i nie prowokowało do bicia pięściami małego, czarnego kotka, tylko spływało mrozem po całym ciele. Meredith poczuła dreszcze na karku i mróz powoli znikał, bo już zbierała się adrenalina.<br />Trzej mężczyźni majaczyli w ciemnych zaułkach - dziewczyna słyszała ich nienaturalnie głośne śmiechy, stuk szklanych butelek i chlupot tajemniczego płynu. <br />Najwyraźniej zapamiętała tego środkowego - w rozchełstanej koszuli i krótkich spodenkach; w dłoni trzymał połowę butelki z ostrymi kawałkami szkła. Dzisiaj Meredith już nie jest pewna, ale wydaje jej się, że była umazana krwią.<br />Chciała uciec tak szybko i cicho jak kot - przemknąć się wąskimi uliczkami, biec do domu, nie zważając na szkło i chropowatą nawierzchnię jezdni, i już być w domu, w ciepłych ramionach mamy i przepraszać, przepra...<br />I dziewczyna mogłaby uciec, gdyby nie strach, który paraliżował - nastolatka zawsze śmiała się z tego osławionego strachu, który nie pozwalał zrobić kroku - <em>co ma mnie sparaliżować? Strach?!</em><br />Własny śmiech brzęczał w jej uszach, kiedy spojrzenie jej i mężczyzn spotkało się. Powstało coś na kształt impulsu elektrycznego i Meredith przymknęła oczy. <br />Boleśnie uświadomiła sobie, jak wygląda - krótka, czerwona sukienka, w dłoni maleńka torebka i buty na wysokich obcasach, usta krwistoczerwone, a na policzkach smugi tuszu. Ten środkowy uśmiechnął się lubieżnie i podniósł rękę z butelką.<br />Meredith już prawie czuła jego kwaśno-alkoholowy oddech, chociaż mężczyźni byli tak daleko. Wciąż mogła uciec, ale strach twardo trzymał jej kończyny, a w uszach brzęczał śmiech i słowa matki -<em> proszę, nie wracaj sama, córeczko. Zadzwoń po tatę, a on po ciebie pojedzie. Dobrze, kochanie?</em><br />Dziewczyna zaczęła się modlić - do Boga, w którego wierzyła tylko jako mała dziewczynka, do księżyca, który ironicznie świecił jej w twarz, do wszystkich bóstw i aniołów, do mitologicznych stworzeń i bajkowych zwierząt. <br />- Niech oni sobie pójdą - powtarzała szeptem, a śmiech rozbrzmiewał coraz bliżej. - Niech idą, przecież nie mogą mnie zobaczyć, nie pada na mnie światło latarni, nie widzą mnie, niech idą, niech już sobie pójdą...<br />Z powietrza zniknął słodki zapach wrzosów i jesiennego deszczu, a zastąpił je metaliczny zapach krwi i swąd alkoholu. Księżyc wciąż mrugał ironicznie, ale już był przykrywany warstwą ciemnogranatowych chmur.<br />I wtedy stało się coś niesamowitego - Meredith zamknęła oczy, a wtedy wszystko ucichło. Nie było zapachów, głosów, cieni, nie było księżyca i gwiazd, była tylko ona - czuła swój własny zapach, rzemyk w ciasno zaciśniętej dłoni i krew powoli spływającą z jej bosych stóp. Potem coś zacisnęło się wokół jej gardła - myślała, że to ręce tego faceta, chcące ją udusić - i zabrakło jej tchu, poruszała rozpaczliwie ramionami i czuła, że umiera. Zaciskała rozpaczliwie dłoń na cienkim rzemyku, bo to była jedyna rzecz, która zdawała się być realna.<br />A potem wszystko się skończyło - poczuła zapach wrzosów i jesiennego deszczu. I jeszcze jakiś inny, słodki zapach - Meredith nie była pewna, ale wydawało jej się, że to zapach jej domu. Trzęsła się, bojąc uchylić powieki, ale w końcu zebrała się na odwagę.<br />Stała długie minuty, wpatrując się w dom z czerwonym dachem i żółtym kominem. Dalej latarnie ustawione w równy rządek, z identycznymi odstępami pomiędzy każdą, kosz na śmieci z kolorowym oznaczeniem o segregacji i niewielka jabłonka, rosnąca w kółeczku na rondzie.<br />Dziewczyna długie minuty stała przed własnym domem i wypatrywała tajemniczej ciemności. Na bolących stopach ruszyła w stronę domu, otworzyła szybko furtkę, która głośno skrzypiała i stanęła na miękkiej trawie, która koiła ból.<br />Granatowe chmury całkiem spowiły niebo i księżyc przestał ironicznie świecić.<br />Meredith przejeżdżała palcami po sukience, chcąc wyczuć ślady realności, wbijała sobie paznokcie w usta, chcąc poczuć wyraźnie, że jest, że żyje, a to wszystko wydarzyło się naprawdę.<br />Tamtej nocy odnalazła na strychu zapomnianą sztalugę i przeniosła do swojego pokoju. Wzięła z gabinetu trochę białego papieru, a z głębin szuflady wyjęła farby.<br />Usiadła po turecku przed sztalugą, wdychając zapach nocy, sączący się z otwartego okna. Delikatnie zanurzyła pędzelek w wodzie i zamknęła oczy. Chciała namalować własną podświadomość, taplała pędzel w czerwonej farbie i przejeżdżała po papierze. Wsłuchiwała się w odgłosy szelestu kartki i chlupotu wody.<br />Wydawało jej się, że maluje potłuczoną butelkę z kropelkami krwi na brzegach. Strach, który tak ją sparaliżował opadł i pozostała jakaś bezwolność, niedowierzanie, poczucie nierzeczywistości.<br />Po godzinie Meredith otworzyła oczy i spojrzała na obraz. Czerwone stworzenie patrzyło na nią ze sztalugi i złowieszczo mrużyło oczy. Zdawało się wystawać milimetr za skraj papieru - wystawiało krańce puszystego ogona i machało nim złe jak kot.&nbsp; <br />Dopiero o chłodnym świcie zaczęła przeszukiwać stare książki z bajkami. Przejeżdżała palcami po suchych, zakurzonych stronach, nie mogąc przestać wpatrywać się w czerwone stworzenie. <br />Nieświadomie namalowała <em>smoka</em>.<br />Meredith często myśli o tamtej, jesiennej nocy - wspomina, karmiąc synka, pisząc w gabinecie po zachodniej stronie domu i spacerując po całym Londynie. Wtedy otrzymała żywy dowód - obraz, który namalowała nieświadomie. Czerwone, skołtunione futro i żółte ślepia patrzące na nią wciąż i wciąż. Ślepia obserwowały ją, dopóki nie podarła obrazu na małe kawałeczki - śledziły ją w szkole, w łazience i na dyskotekach. W liceum Meredith często zastanawiała się, czy aby nie jest szalona.<br />Teraz wie, że był to pierwszy znak, że jest wyjątkowa - że coś ukrywa się w jej głowie, przyczajone, skupione, czekające na odpowiedni moment, aby wypłynąć na wierzch. Ma postać czerwonego smoka i ucieczki przez mężczyzną z zakrwawioną butelką.<br />Meredith wie, że jest inna.<br /><br /><br /><strong>L</strong><br />Ludzie są dziwni - myśli Meredith, stukając długą łyżeczką o pucharek z lodami.<br />Mrużąc swoje duże, piwne oczy, obserwuje zwariowaną staruszkę, która zawsze ubiera się na różowo i w lewej ręce dzierży czerwoną smycz bez psa. Z ust zawsze wystaje jej kolorowy lizak, dzięki czemu postać wydaje się żywsza, radośniejsza; lizak przywołuje postać staruszki z dzieciństwa. Meredith myśli, że to właśnie dzięki lizakowi, ludzie tak przychylnie na nią patrzą - wariatka ze smętnie zwisającą smyczą, ale przecież taka miła ze słodyczą w ustach.<br />Meredith czuje, jak czekoladowe lody roztapiają jej się w ustach i myśli, że staruszka ma w tym jakiś cel - że każdy jej krok jest dopracowany, przemyślany, odpowiednio dobrany. Czasem wydaje jej się, że słyszy myśli staruszki - skłębione, rozedrgane, powtarzające rozpaczliwym głosem &quot;Rex&quot;. Meredith śmieje się wtedy z własnych odczuć i odwraca się od zwariowanej staruszki. Bo po co się nią przejmować?<br />Kawiarnia jest mała i przytulna, a brązowe firanki, kadzidełka i zapach cynamonu tworzą dosyć wyszukaną atmosferę. Zza wpółotwartych okien dobiegają odgłosy Londynu - zgrzyt samochodów, stukanie wysokich obcasów i wściekłe krzyki, ale firanki sprawiają, że ludzie czują się tutaj odgrodzeni od pośpiesznego miasta - że są zamknięci w bezpiecznym schronieniu i mogą w skupieniu porozmyślać.<br />Meredith docenia pomysły dyrektora, stwierdzając, że faktycznie - kawiarnia zaprasza do siebie przede wszystkim takich myślicieli, żeby nie powiedzieć wariatów. <br />Po lewej zwykle siada brunet z grubą, czarną teczką i bukietem fiołków. Zamawia gorącą czekoladę, którą sączy drobnymi łyczkami, czyta gazetę, przykrywając ręką okładkę, przez kilka minut flirtuje z kelnerką, po czym wychodzi. <br />Jednym ze stałych klientów jest również mała dziewczynka, która zawsze przychodzi w błękitnej sukience i zamawia dwa pączki z różą. Wypowiada identyczne słowa i nawet uśmiecha się takim samym, wystudiowanym uśmiechem. Chowa pączki do czerwonej torby i opuszcza kawiarnię, wybiegając w podskokach. Meredith czasami zastanawia się, czy nie jest tylko wyobrażeniem.<br />Z kolei po prawej stronie, zawsze ze szklanką zwykłej, wrzącej wo...<br />- Mogę się dosiąść? - Kobieta przewraca pucharek z deserem, rumieni się delikatnie, po czym stawia go z powrotem. <br />Mężczyzna ma krótkie, ogniście rude włosy i miły uśmiech. Meredith jednak wyczuwa w nim coś dziwnego i nawet chce powiedzieć - <em>niestety, czekam na kogoś</em> - ale coś ją powstrzymuje. To samo dziwaczne uczucie każe jej skinąć głową i uśmiechnąć się delikatnie.<br />Kobieta czuje słodki zapach ciastek z kremem i agrestu. Przechyla na chwilę głowę, przyglądając się mężczyźnie uważnie i wtedy spływa na nią wyjaśnienie - boi się go, bo wygląda trochę jak smok.<br />- Czemu pani tak na mnie patrzy? - pyta mężczyzna, jedząc ciastka małymi kawałeczkami. I wtedy do Meredith dociera, że on może wcale nie chce jej poderwać; może usiadł przy jej stoliku tylko dlatego, że wszystkie inne są zajęte.<br />- Przypomina mi pan smoka - mówi po prostu kobieta, zatapiając łyżeczkę z powrotem w czekoladowych lodach. Słodycz rozpływa się na jej języku, poprawiając jej nastrój. Jak człowiekowi niewiele trzeba do szczęścia.<br />Mężczyzna zaprzestaje pochłaniania ciastek i przygląda się Meredith badawczo. <br />- A więc to ty jesteś tą pierwszoklasistką, która nieopatrznie zobaczyła Rogogona Węgierskiego, tak? - pyta, a kobiecie wydaje się, że słowa same wymykają mu się z ust.<br />Meredith zamiera z łyżeczką tuż przy ustach i rozważa słowa mężczyzny. Jest kompletnie zbita z tropu i zdaje jej się, że jest tutaj tylko z nim - że nie ma kelnerów, dziewczynki w błękitnej sukience, a nawet zwariowanej staruszki. <br />- Słucham? - pyta bez polotu.<br />Gorące promienie słońca prześlizgują się między firankami i odbijają się od szklanego pucharku. Świecą mężczyźnie prosto w oczy.<br />- To ty jesteś Meredith - mówi pewnie i uśmiecha się smutno, kończąc ostatnie ciastko. Na krótką chwilkę ściska jej smukłą dłoń, przez co robi jej się trochę dziwacznie. Po chwili po mężczyźnie nie ma już śladu - talerz wyczyścił się sam z drobnych okruszków, a krzesło samo się zasunęło.<br />Meredith wybiega z przesyconej kadzidłami kawiarni i szuka go wzrokiem. Błądzi przez ciasny Londyn, aż w końcu dochodzi do bardziej podmiejskiej części.<br />Patrzy na łąkę, ale, nie wiedzieć czemu, widzi liść, mieniący się wszystkimi kolorami tęczy.<br /><br /><br /><strong>I</strong><br />Meredith lubi swoją kuchnię - jest taka przytulna i radosna; mieniąca się barwami lata. Zawsze pachnie w niej świeżymi warzywami i różnymi ziołami - kobieta czasem lubi przyjść tu tylko po to, aby pomarzyć wśród tych nieco odurzających zapachów.<br />Teraz to miejsce wydaje jej się ciaśniejsze - jest tu stół i trzy krzesła, jest mąż stojący przy kuchence z dłońmi w kieszeniach szlafroka i patrzący na nią z wściekłością.<br />- Możesz malować, co chcesz na tych swoich obrazach, możesz pisać, co ci się żywnie podoba w tych swoich opowiadaniach, możesz grać, co tylko wymyślisz na tej swojej, pieprzonej wiolonczeli, ale nie mieszaj do tego naszego synka. - Policzki ma czerwone, włosy rozczochrane i Meredith cofa się do tyłu - byle dalej od tej wściekłości, która wykrzywia jego wargi. - Pokochałem tę wariatkę, którą jesteś, ale zostaw syna, do cholery! Niech pani z przedszkola nie opowiada, że on rozpowiada o jakichś duchach, o jakichś smokach błądzących za oknem! Niech nie ślęczy całe noce, wpatrując się w księżyc tylko dlatego, że tak robi jego popieprzona matka!<br />Na słowo &quot;popieprzona&quot; przypomina jej się tamta noc, sprzed wielu lat. <br />Meredith wróciła wtedy ze szkoły trochę spóźniona, na co matka zaczęła ją rozpaczliwie przytulać. <em>Wróciłaś, wróciłaś</em> - powtarzała, kurczowo zaciskając palce na jej ramionach, mocząc łzami jej nowokupioną kurtkę, wąchając jej włosy.<br />Meredith pamięta wściekłość, jaka w niej wybuchła - <em>ty stara wariatko, tylko trochę się spóźniłam! Popieprzona jesteś, wiesz?</em><br />Kobieta pamięta swoje głośnie kroki po schodach, krzyki zbudzonego ojca i żałosny obraz matki, która skuliła się w sobie. Następnego dnia matka nie pamiętała ani swoich słów, ani kłótni.<br />I wtedy piętnastoletnia Meredith zaczęła się bać.<br />Teraz przypomina sobie ten strach, ten gniew - pozwala wybuchnąć emocjom i wykrzywić usta we wściekłości.<br />- No to coś zrób, do cholery! A myślisz, że dlaczego tak jest? Widzisz, jego kochany tatuś, który tak pragnie <em>normalności</em> tylko pracuje i pracuje, nie ma go i nie ma, więc synuś idzie to mamusi, a ta jest popieprzona. Myślisz, że co? Że ciebie nie będzie całymi dniami, ba, nawet całymi nocami i w weekendy, a jak już łaskawie raczysz wrócić, to twój synek będzie idealny?! Zajmij się nim po swojemu, zabierz go do parku, na lody jak normalny ojciec, a nie taki zapracowany... taki... Myślisz, że możesz przyjeżdżać i robić awanturę dlatego, że czytam dziecku bajki? - Meredith dyszy ciężko i walczy ze łzami. Twarz męża na chwilę zamienia się w twarz smoka i łypie na nią groźnie. Kobieta już wie, że spędzi noc na darciu swoich obrazów na malutkie kawałeczki, żeby nie prześladowały jej smocze oczy.<br />- Pracuję, żeby nasz synek miał własny pokój, żeby miał te bajki, które tak uwielbiasz mu czytać, żebyś <em>ty</em> miała swój gabinet, w którym piszesz, swój strych, na którym grasz i piwnicę, w której malujesz. Wszechstronna artystka się znalazła! Wystarczyłoby, gdybyś nie wieszała w jego pokoju tych czerwonych smoków i wszystko byłoby w absolutnym porządku. Ty nie widzisz, co robisz? Myślisz, że mały tego nie widzi? Ty lunatykujesz podczas pełni księżyca i wyjesz do otwartego okna! A co robi synek? Budzi się, płacze, ale potem biegnie do ciebie na tych małych nóżkach i też wyje, bo przecież mamusia jest dla niego kochanym, słodkim autorytetem.<br />Meredith siada na stole i obejmuje kolana ramionami. Trzęsie się od powstrzymywanego płaczu.<br />Oczyma wyobraźni widzi siebie jako wilczycę, wyjącą do księżyca - <em>czyżbym była aż taką wariatką?</em><br />- Przepraszam. Powinnam się leczyć - szepcze, czując jak Michael ją przytula.<br />Ze schodów zbiega ich synek, który szybko staja na krześle i wpatruje się w nich smutnymi oczyma.<br />- Na dworze świeci słońce - mówi zdziwiony.<br />Powietrze pachnie poranną rosą.<br /><br /><strong>V</strong><br /><em>Jesteś wyjątkowa.<br />Wiesz wiele rzeczy, o których inni nawet nie mają pojęcia. Wiesz, jak pachnie Londyn bladym świtem, jak rozmazuje się krople farby kciukiem na białym papierze i jaki jest tego efekt, wiesz nawet, jak smakuje trawa o pełni księżyca. Umiesz pisać, malować i grać na wiolonczeli - mogłabyś być wielką artystką, chodziłabyś na własne wernisaże, promowałabyś książki, miała koncerty w filharmoniach. Mogłabyś, ale tego nie chcesz, bo wiesz, że coś w twoim życiu jest nie w porządku.<br />Noc jest ciemna i słodka, a ty skradasz się tajemniczymi zaułkami tak jak tamtej, jesiennej nocy. Chcesz odbudować w sobie lęk, wściekłość, przerażenie, zamknąć oczy i znowu poczuć tę duszącą dłoń na szyi, te ciasne obręcze, zaciskające się na płucach. Chcesz być tutaj, a zaraz potem w małym domku z niebieskim dachem, chcesz wiedzieć, że to wszystko było prawdą; że to nie ułuda, że nie śniłaś i że nie miałaś halucynacji.<br />Londyn nocą jest niepokojący - zza każdego budynku mogą wychynąć zakapturzone postaci, za każdym drzewem może czaić się śmierć z kosą w lewej dłoni. Może zmrużyć czarne brwi, patrzeć na ciebie niewidzącymi oczyma, a potem zamachnąć się, a ciebie już nie będzie; rozpłyniesz się wraz z zimnym uderzeniem metalu. Ale może wtedy poznasz prawdę? Może wtedy skończą się pytania - małe smoczki przestaną zdobić każdy twój obraz i zajmować już całą piwnicę, wychylać się zza jej drzwi i zdobić pokój twojego synka?<br />I kiedy tak idziesz przez Londyn i zaciskasz dłonie ze wściekłości, przypominasz sobie brata - małego chłopczyka w za dużej koszuli. Czujesz rozgrzane powietrze i wyraźny niepokój, oscylujący na granicy przerażenia. Pytasz - co się z nim stało - i wpatrujesz się w swoje odbicie w widmowej szybie. Przeczesujesz palcami czarne włosy, obrysowujesz kontur warg i pytasz - kim jestem? Kim-ja-jes-tem?<br />Widmowe odbicie milczy, a ty podnosisz głowę i widzisz duży szyld. Mrużysz oczy, aby go odczytać w mdłym świetle latarni, a potem stoisz przez kilka minut i wpatrujesz się w litery.<br />Chcesz wejść do Dziurawego Kotła, ale klamka jest lodowato zimna i nie chce nawet drgnąć.</em><br /><br /><strong>I</strong><br />Meredith maluje.<br />Przez chwilę boi się, że pędzelek sam zanurzy jej się w pudełku z czerwoną farbą, ale już prawa ręka ciągnie ją ku zieleni - Meredith miesza kilka barw i powoli, powoli sięga dłonią ku sztaludze. Lekko przymyka oczy, tak, aby nie widzieć zbyt wiele, ale żeby wciąż pod powieki wpełzały promienie popołudniowego słońca. Powietrze jest rozrzedzone i pachnie nijako - ni to ostry, chwilami nieprzyjemny zapach sztucznych farb, ni słodkawa nuta wiśni, kwitnącej w ogrodzie.<br />Kobieta pochyla głowę do przodu, tak, że długie, czarne włosy wpadają jej do oczu. Gdyby jej syn tu wszedł, powiedziałby, że wygląda jak Pani Wiedźma z pożółkłych stronic grubej księgi, gdyby wszedł Michael, szepnąłby, że wygląda jak słodka wariatka.<br />Obraz jest inny niż zwykle - ma ostre kontury i masę szczegółów; kolekcja mosiężnych zegarków z widocznymi drobinkami kurzu, kilka obrazów ze staruszkami w ramach, okno z widokiem na mroczny las, stół i dwa fotele okryte perkalem. A nad to wszystko wybijająca się postać mężczyzny - groźna z wyraźnie zaznaczonym podbródkiem, ostrymi brwiami i z oczami, w których czai się gniew.<br />Meredith rysuje ręką okrytą luźnym, czarnym rękawem, kropeczkami znaczy palce, paznokcie i, nie widzieć czemu, krótki patyczek. <br />Kobieta wpatruje się w obraz długie minuty, a napawa on ją lękiem i przerażeniem jeszcze większym niż jakikolwiek baśniowy smok. <br />Zmierzcha i powietrze rozrzedza się jeszcze bardziej; znika ostry zapach farb, a zastępują go słodkie wonie, zamykających się na noc kwiatów. Czasem Meredith zastanawia się, dlaczego to akurat wieczorem kwiaty pachną najsilniej.<br />Teraz jest jej wszystko jedno - jest tylko papier pokryty farbami, układający się w kształt pomieszczenia, które wydaje jej się znajome. Z czymś kojarzą jej się ściany i paleta portretów i nawet las - mroczny i tajemniczy. <br />Meredith jednym ruchem zrywa obraz ze sztalugi i rwie papier na małe kawałeczki.<br /><br /><strong>A</strong><br />Meredith z uśmiechem patrzy na synka.<br />Park jest pełen zgiełków i krzyków, ale jest w nim coś na kształt radości - jakiś bezbrzeżny spokój, bo przecież dalej od zakorkowanych skrzyżowań Londynu, i uśmiech; pewnie za sprawą dziecięcych pokrzykiwań.<br />Kobieta chciałaby już iść - bo robi się późno, mąż niedługo wraca z pracy, a synek powinien pokolorować rysunek hipopotama. Kobieta chciałaby iść, ale woli zostać - tutaj, na czerwonej ławce ze schodzącą farbą, wśród wesołych dzieciaków i pod słodko pachnącymi drzewami.<br />Mija kilka chwil, nim Meredith zdaje sobie sprawę, że to nie ta ławka, nie te drzewa, tylko coś ją tu trzyma w inny sposób. Przez mózg przechodzi tysiące myśli, co się stanie z jej synkiem, jak pójdą w tym momencie - pełna gama katastrof i chorób. <br />W to spieczone popołudnie Meredith widzi swoje życie w czarnych barwach.<br />- Więc jednak pani poczekała.<br />Niektórzy ludzie mają nieznośną tendencję do zaskakiwania - o, ta na przykład; w soczyście czerwonej sukience i bukietem czarnych róż w dłoniach, wygląda niczym postać wyjęta z horroru. <br />W powietrzu zaczyna unosić się ostry, duszący zapach róż i bardziej sztuczny; pewnie podróbka perfum. Meredith krzywi się mimowolnie i nieznacznie odsuwa na drugi koniec ławki. Czuje, jak z zaskoczenia, wciąż mocno uderza jej serce - bu-bum, bu-bum i kobiecie wydaje się, że wszyscy to słyszą; nawet tamta pani z ławki naprzeciwko i zgraja dzieci wspinających się po drabinkach.<br />Bu-bum, bu-bum i synek Meredith spada z huśtawki - kobieta wie, że to nieprawda, wie, że jej synek boi się huśtawek, ale widzi pulchne, kochane ciałko, wpadające w piach, który w krótkim czasie nasącza się krwią. Powietrze przesącza się zgnilizną - znika aromat kwiatów, znika ostatni posmak lata na spierzchniętych wargach, a Meredith widzi już tylko tę kobietę w krwistoczerwonej sukni.<br />- To się nie dzieje naprawdę - mówi spokojnie kobieta, zaciska cienkie wargi i wzrusza ramionami. Unosi suknię do góry, ukazując bose, poranione stopy i siada na ławce. Meredith zaciska dłonie kurczowo na ramionach, wciąż czując, jak wali jej serce. Rozgląda się po parku i kiwa głową na synka - możesz się bawić, wszystko w porządku, mamusia tylko chwilkę porozmawia...<br />Promienie słońca prześlizgują się między pożółkłymi liśćmi, kiedy Meredith zdaje sobie sprawę, że jej synek nie widzi tej kobiety - uśmiecha się tylko słodko, a gdyby ją widział - zdradziłoby go przerażenie.<br />- Nie bój się, Meredith - szepcze kobieta, a Meredith czuje, że już się nie boi. <em>Nie bój się Meredith</em> odbija się od przerzedzonej ściany parkowych drzew, żwirowej drogi i kolorowych drabinek, a w tej samej chwili iście makabryczny strój znika i pozostaje postać miło wyglądającej dziewczyny o rudych włosach. Meredith zastanawia się, jak silne narkotyki mąż dosypuje jej do porannej kawy.<br />- Jesteś pracownicą szpitala psychiatrycznego? - pyta Meredith, czując się jak kompletna idiotka. Po chwili przerywa, czując coś dziwnego, unoszącego się w powietrzu - jakąś niesprecyzowaną siłę, magię, odpowiedź na pytania zadawane przez całe życie. Może to właśnie tutaj, może to właśnie teraz, po tylu latach, tylu namalowanych smokach Meredith dowie się, kim naprawdę jest?<br />- Jestem czarownicą - mówi po prostu kobieta. Piwne oczy błyszczą nieco dziwnie.<br />Przed oczami Meredith przewijają się wszystkie bajki - o wróżkach, co przepowiadają przyszłość, o czarownicach, które porywają małe księżniczki - przewija się cała gama postaci fantastycznych, a nade wszystko Małgorzata, co przemierzała Rosję na miotle.<br />- Ciężko mi o tym opowiadać; wybrano mnie, ponieważ w jakiś sposób jestem do ciebie podobna. - Meredith patrzy na nią z nieudolnie ukrywanym zdumieniem. - Nie, nie z wyglądu. Byłam trochę taka sama jak ty; zbuntowana, szalona i również musiałam walczyć. Może nie w ten sposób, co ty - ja wypisywałam napisy na ścianach, a potem zgrywałam wielką wojowniczkę, a ty musiałaś walczyć ze sobą. Właściwie nie wiem, co powiedzieć; nie mam konspektu, planu, właściwie nie mam nic. Nie wiem, ile wytrzymasz, po tych wszystkich dniach czerwonych smoków, złotych jeleni, wilków i czego tam jeszcze. Jak zareagujesz, jeżeli powiem, że kiedyś się znałyśmy? Może nie lubiłyśmy, ponieważ dla mnie byłaś tylko smarkulą, ale darzyłyśmy się pewnego rodzaju... sympatią? Nie patrz tak na mnie, dla mnie to też jest trudne.<br />- Czemu mój synek cię nie widzi? - pyta bez związku, stukając paznokciami o oparcie ławki. <br />Kobieta wywraca oczami i oddycha głęboko.<br />- Jesteś skłonna odrobinkę mi zaufać i zamknąć oczy? Pójdzie łatwiej.<br />Meredith przestaje stukać, wstaje i podnosi z ziemi złotawy liść. Przez chwilę przypatruje mu się w nikłym już świetle promieni słonecznych, po czym patrzy na rudowłosą, przechylając głowę do tyłu.<br />- Przychodzisz tutaj... może obserwujesz od kilku tygodni, może tamten mężczyzna z baru jest twoją rodziną, albo wspólnikiem...<br />- Podobny, prawda? - uśmiecha się kobieta, wyglądając troszeczkę jak mała dziewczynka. Meredith mrozi ją spojrzeniem.<br />- Pojawiasz się w czerwonej sukience, cholera, przeobrażasz się jak jakaś... nimfa, opowiadasz, że się znałyśmy i każesz mi zamykać oczy?<br />- Ten liść - szepcze kobieta i zaciska usta w cienką kreskę. - Więc coś pamiętasz. - Patrzy na Meredith ostro, a w jej oczach odbijają się silne emocje - gniew i błyski pełne wyrzutu.<br />Wszystko nieco przycicha - dziecięce śmiechy, klaksony samochodów i trzeszczenie ławki. Zmysły Meredith są przytłumione, otumanione - jest tylko ta kobieta i jej pełne złości spojrzenie, gotowe ciskać błyskawice. <br />- Więc zamkniesz oczy? - W głosie brzmi nuta prośby; rudowłosej kobiecie najwyraźniej bardzo na tym zależy. <br />Meredith dotyka ławki, która jest lodowata jak klamka Dziurawego Kotła, przymyka drgające powieki i powstrzymuje krzyk. Obrazy przesuwają się przed oczami jak źle nakręcony film, jak jakaś parszywa, psychotyczna reklama, jak rozmyte barwy w odurzeniu narkotykowym. Meredith wyciąga rozpaczliwie ręce i chwyta kobietę za ramię - wbija paznokcie w miękką skórę, czuje jak odrobina ciepłej, gęstej krwi spływa po jej palcach, Meredith wie, że zadaje ból, ale jest to jedyna rzecz, która ma smak realności.<br />Kobieta wie już prawie wszystko - liść w kieszeni chce ulecieć do słońca i mienić się kolorami tęczy, zamek jest majestatyczny i dumny, a twarz tego... tego śmierciożercy to tylko usta rozciągnięte w szerokim uśmiechu - ale tamta mówi dalej, Meredith czuje, jak drgają jej ramiona, jak powietrze z sykiem prześlizguje się przez jej usta i wreszcie jak drgają struny głosowe, tworząc dźwięk.<br />- Nie wracalibyśmy po ciebie, gdyby nie źle rzucone zaklęcie. W odróżnieniu od innych magia prześladowała cię bardziej; dałaś radę nawet się teleportować. Musisz być bardzo silna.<br />I wtedy spływa na nią wyjaśnienie - zwariowana staruszka, dziewczynka z pączkami i nawet pan z wrzątkiem - kto odebrał im magię?<br />Barwy szaleją - są tylko rozmytą smugą odcieni, bez określonego kształtu i postaci, i Meredith zaciska palce na skroniach - dość, już dość.<br />Czas rusza - samochody ruszają z głośnym zgrzytem, dzieci krzyczą jakoś natarczywiej, nieznośnie, a wszystko razem nabiera uciążliwej kakofonii dźwięków.<br />Dłonie zaciskają się jej na ramionach.<br /><em>Teraz boli</em> - myśli kobieta.<br />- Meredith, spokojnie. Musisz odpowiedzieć - chcesz do nas wrócić? Ja ci wszystko wytłumaczę, nauczę cię, czego tylko trzeba, razem naprawimy powojenny świat. Chcesz? Kiwasz głową, że tak, ale posłuchaj. Ty musisz to wszystko zostawić. Przynajmniej na razie; twoją rodzinę trzeba wprowadzić w ten świat powo... Meredith, musisz mi odpowiedzieć. Chcesz poznać całą prawdę?<br />Nagle wszystko cichnie. I nastaje noc.<br /><br /><strong>T</strong><br /><em>Jak cudownie jest nie pamiętać, prawda?<br />Chodzisz po cichym Londynie, mijając stare zaułki - koty już tak nie straszą, pozbijałaś wszystkie stare figurki, zmyłaś plamy mleka na wycieraczce i jesteś szczęśliwa. <br />Tylko czasem - ale czasem to nie zawsze, prawda? - czujesz ucisk w piersi, pewien rodzaj żalu, którego się nie da sprecyzować, bo nie jest to żal realny, tylko uczucie pustki, osamotnienia. I nie wiesz dlaczego - chodzisz po cichym Londynie, który jest czymś w rodzaju twojego domu, a nie czujesz się bezpieczna. Strach tli się w żołądku, gotowy wybuchnąć - wylać się czerwoną plamą o zapachu agrestu i o kształcie przypominającym smoka.<br />Już nie musisz malować - wolisz spacerować o świcie i szukać tamtej łąki; odległej, nie wiadomo czy prawdziwej, ale tak realnej w twoim umyśle. Twój braciszek patrzy na ciebie z dumą - oczy błyszczą radosnym blaskiem i odbijają się w nich wszystkie kolory tęczy.<br />I jesteś szczęśliwa. Czemu miałabyś nie być? - synek zdrowo rośnie i ma takie duże, niebieskie oczy, a mąż każdego wieczoru mówi, że cię kocha. <br />Tylko czasem - kiedy widzisz tą rudowłosą, która patrzy na ciebie smutno, albo kiedy naciskasz na lodowato zimne klamki.<br />Jak cudownie jest nie pamiętać, prawda?</em><br /><br /><strong>E!</strong><br />&nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp; &nbsp;<strong>Ogłoszenie</strong><br /><br />Wszyscy uczniowie urodzeni w mugolskich rodzinach proszeni do gabinetu profesora Amycusa o godzinie 17.30. Niestawienie się grozi wydaleniem ze szkoły.<br /><br /><em>13.09.1997</em>]]></description>
<pubDate>Wtorek 6 Lipiec</pubDate>
<comments>Wtorek 6 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title>[M] Pani L.</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=81#p81</link>
<guid isPermaLink="false">81@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Dedykowane <strong>Aratanooniel</strong>.<br />Z podziękowaniami dla niezastąpionej bety - <strong>Emci666</strong> oraz kochanym - <strong>Azalis</strong>, <strong>siostrze</strong> i <strong>Milczącej</strong>.<br /><br /><em>Co spadła prosto z księżyca <br />Zapytać chciała dziewica<br />Uderzy Cię ostrokrzewem<br />Jakie jest Twoje najgorsze wspomnienie?<br /></em><br /><br />Widzi ją bardzo dokładnie. Dostrzega muślinową sukienkę, warkoczyki podskakujące w rytm kroków i nawet tę ledwie widoczną bransoletkę z rzemyków. Uśmiecha się na widok jej skromnych pantofelków i skocznych podskoków - dziewczynka wyciąga w górę małe rączki, jakby chciała sięgnąć nimi błękitnego nieba, jej twarzyczka błyszczy w słońcu. <br />Przez krótką chwilę czuje podmuch wiatru, kiedy przebiega koło jego ławki. Ma w nozdrzach delikatny zapach lawendy i mleka. Dziewczynka odwraca ku niemu główkę - warkocze obracają się wraz z nią - a jej wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu na jego widok. On widzi jej białe, kształtne ząbki, a ona wygląda, jakby podobał się jej taki, jaki jest - spocony, po całym dniu pracy, z brudnymi policzkami i blizną nad lewą brwią. Dziecko odwraca się i biegnie dalej, pozostawiając tylko niewyraźnie ślady bucików, a on odczuwa przemożną chęć, aby była jego córką.<br />Kałuża jest ogromna i zupełnie nie na miejscu w tym londyńskim parku. Słońce zalewa swoim ciepłem okoliczne trawniki, kiedy dziewczynka wpada w wodę, ochlapując sobie sukienkę, brudząc śliczne buciki. On już słyszy w głowie wyrzuty jej matki - to twoje najlepsze ubranie, oj, dziecko, trzeba było uważać, trzeba było patrzeć i...<br />Ale po chwili świat znów jest doskonały - jest słońce oświetlające plecy dziewczynki, która mogłaby być jego córką, ale nawet jeżeli nie jest, to jest dobrze. Są radosne śmiechy uczniów, wracających ze szkół, są ogromne, czerwone autobusy, nawet nie wznoszące tumanów kurzu, jak to zwykle bywa. Jednak tak naprawdę są tylko te małe rączki, sięgające nieba, jakby chciały wykrzyczeć - jesteśmy cholernie szczęśliwe, ale będziemy jeszcze bardziej, kiedy dotkniemy słońca. Są dłonie jak dwa lizaki - słodkie i radosne - i jest wciąż unoszący się mgliście zapach jaśminu i mleka.<br />I wtedy jest krew.<br /><em>Oj, dziecko.</em><br /><strong>1.</strong><br />Kiedy Thomas ma iść do pracy, oczy nabiegają mu krwią.<br />Klęka przy łóżku śpiącej żony i chwyta za smukłą dłoń. Obserwuje każdą, kochaną zmarszczkę, długie rzęsy i słodkie usta, i boi się, że, jak wróci, będzie zbyt szalony, żeby wciąż to wszystko kochać.<br />Potem siada przy kuchennym stole i pije szklankę mleka - napój łagodzi powoli tlący się strach w żołądku, nawilża stale zagryzione wargi i pozwala zapomnieć, że zaraz znowu będzie musiał przepłynąć widmową łódką na samotną wyspę.<br />Je pomarańczę za pomarańczą, kiedy bladoróżowe światło zbiera się na linii horyzontu; kiedy morze obija się o klify jakoś tak natarczywiej, kiedy wszystko jest wilgotne i ciemne.<br />Wdycha zapachy przypraw - oregano i majeranek są czasem jak narkotyk, nosi trochę w lewej kieszeni, żeby przypominały mu, że gdzieś tam jest przytulna kuchnia z łyżkami, wiszącymi na ścianie.<br />I w końcu - już w ciepłym płaszczu, który i tak nie ochrania go przed tamtym chłodem - staje w drzwiach pokoju dziewczynek. Śpią zwykle tak rozkosznie - z główkami na kolorowych poduszkach i misiami w mlecznobiałych dłoniach. Nie całuje ich nigdy w czoła - nie idzie, cholera, na wojnę - tylko patrzy chwilę i wychodzi, a ich przytulny korytarz już jest zalewany promieniami słońca. <br />Tylko czasem - w deszczowe lub śnieżne dni - nie może wyjść z domu, dopóki każdej z córek nie otuli kołdrą. Żeby im nie było zimno, kiedy jemu już będzie.<br />Otwiera frontowe drzwi, a wtedy zwykle zaczyna szczekać pies. Ale nie są to radosne poszczekiwania połączone z natarczywym wąchaniem i merdaniem ogonem - nie, to są zmęczone ujadania zaszczutego psa. Thomas nie wie z której to strony, rozgląda się, ale jest tu tylko rządek schludnych domów, a w nich żadnego zwierzęcia (kiedyś sprawdził - pukał do każdych drzwi i cicho pytał, a sąsiedzi patrzyli na niego jak na obłąkanego). Niekiedy zastanawia się, czy ujadanie nie dobiega wprost z jego głowy.<br />Powietrze pachnie solą i piaskiem. Grzęznąc w nierównym terenie, słyszy Elisę. Często powtarzała mu, że to nie może być tak, żeby przez pracę wariował - żeby jadł pomarańcze, a ich sok skapywał mu z brody i zalewał podłogę, żeby wdychał oregano, jak jakiś pieprzony narkoman kokainę i zostawiał blizny o kształcie paznokci na jej rękach.<br />Wtedy przypomina jej o ojcu - staruszku, który lubił wypić nalewkę i zagrać w eksplodującego durnia. Który zawsze wieczorem pił czarną kawę i uważnie go obserwował.<br />Wie, że praca go wyniszcza i że zachowuje się jak jakiś masochista, wciąż do niej chodząc. Niestety nie potrafi przestać. Więcej, nie może przestać.<br />Czasem chodzi z przyjaciółmi na piwo imbirowe. Powietrze przesycone jest kurzem i papierosowym dymem, a Thomas słucha o ich życiu - o dzieciach zbuntowanych i poukładanych, o żonach zazdrośnicach i wspaniałych matkach. Dusi się papierosem i stara się wyglądać na zainteresowanego. Aż po kilku godzinach przyjaciele dochodzą do wyczekiwanego tematu - pracy.<br />Pracy nie o smaku gorzkiej kawy bez mleka, nie o zapachu mokrych kamieni i przerdzewiałych krat, ale o zwykłym zajęciu, które kiedyś wykonywało się z pasją, a teraz to tylko rutyna. <br />W przypadku Thomasa praca nie jest rutyną - to jest już obłęd.<br />- Ktoś to musi robić, synu - mówił ojciec, kiedy nie był już w stanie utrzymać papierosa w suchych ustach. Kiedy mógł tylko leżeć na łóżku, gapić się w sufit i wciągać w nozdrza zapach czarnej kawy, eliksiru bezsennego snu i swojej własnej starości.<br /><br /><br />Widzi ją bardzo dokładnie. Ma na sobie jedynie białą, luźną sukienkę i nie wydaje jej się być zimno, mimo jesiennej zawieruchy. Na wargach wyraźnie widać ślady mocno czerwonej, pośpiesznie startej szminki, a na rękach mgliste wspomnienie lakieru. <br />Mężczyźnie wydaje się, że ma dziewiętnaście lat i bardzo mu się podoba. W smukłych dłoniach trzyma grubą książkę z jaskrawoczerwonym motylem na zmętniałej okładce. Podnosi na chwilę głowę, a on chowa się między drzewami, ale ona nie patrzy na niego tylko na kałużę, w którą jeszcze tak niedawno wpadła mała dziewczynka.<br />Thomas wychyla się z drzew wciąż pachnących latem i podchodzi do niej. Przysiada na ławce i przygląda się z bliska jej twarzy - teraz widzi jeszcze więcej; rysę na policzku, zagryzione usta i ogromne, może nawet wytrzeszczone oczy.<br />- Pan był tu wczoraj - odzywa się dziewczyna, a Thomas podskakuje nerwowo. Dopiero teraz czuje konwalię i fiołki, i zastanawia się czy to tylko oryginalne perfumy, czy...<br />-&nbsp; Ma pani ślicznego motyla na okładce - mówi Thomas, chociaż nawet nie wie dlaczego. Wydaje mu się, że usta same odbierają impulsy z podświadomości, niemal bez udziału racjonalniej części umysłu. Kobieta pachnie kwiatami i to go trochę odurza. Patrzy w bok i znów widzi tę kałużę i ma nieodpartą ochotę zasypać ją świeżą ziemią, aby nikt już nigdy w nią nie wpadł i nie poślizgnął się na ślicznych pantofelkach.<br />- Przepraszam, chciałem powiedzieć, że tak, byłem tutaj wczoraj i... <br />- Niech pan nie przeprasza - przerywa mu dziewczyna i uśmiecha się nieznacznie, ale coś w jej oczach pozostaje puste, a Thomasowi wydaje się, że to nie tylko przez tę biedną, małą dziewczynkę - dziewiętnastolatka ma dorosły ból w oczach, ma w sobie coś z sześćdziesięciolatki. I wtedy dostrzega smukłe linie na jej odsłoniętym ramieniu - linie zbyt równe, zbyt proste i jasne by być wynikiem mugolskich narzędzi. Już rozumie, że dziewczyna jest czarownicą, a jeżeli jest czarownicą to i dzieckiem wojny. <br />Zapach kwiatów jest intensywniejszy i mężczyzna zastanawia się czy to nie jakieś dziwne czary - czy może przypadkiem jego towarzyszka nie jest wilą lub innego rodzaju uwodzicielskim stworzeniem.<br />- Wciąż się boimy. Gdyby była czarownicą, byłoby prościej. Na to procedury są dużo łagodniejsze - mówi spokojnie i zamyka książkę. Thomas widzi kurz wymykający się spod starych kartek. Dziewczyna mierzy go świdrującym spojrzeniem i to on pierwszy odwraca wzrok. - Miał pan wczoraj różdżkę?<br />- Słucham?<br />- Pytam, czy miał pan wczoraj różdżkę. To nie jest trudne pytanie. No, może dla mojego przyjaciela by było, ale on należy do wyjątków.<br />Park nie jest taki szczęśliwy jak wczoraj - autobusy znów wznoszą tumany kurzu, może nawet większe niż zazwyczaj, dzieci cicho płaczą, a tam na ulicy wciąż są ślady krwi, bo przecież krew niezwykle ciężko się zmywa. A może tak mu się tylko wydaje.<br />- Tak, miałem...<br />- I nie pomógł pan jej.<br />W mężczyźnie rodzi się poczucie winy - nagłe i silne, ciąży w jego duszy jak kamień. Dopiero teraz rozumie całe zdarzenie - nie pomógł małej dziewczynce, która mogłaby być jego córką, która biegła zaledwie wczoraj tą dróżką i której rączki same wyciągały się do słońca. A może to była jego córka? Może to było dziecko poczęte o bladym świcie, kiedy morze obija się o klify jakoś tak natarczywiej, może to dziecko skąpane w czerwonej krwi jego żony i ubrane w białą sukienkę dla lalek?<br />- Nie zdążyłem...<br />- Och, nie zdążył pan. Możliwe. Po wojnie wszyscy mamy słaby refleks. A ja chciałam pana zawołać. Krzyknąć na cały park, żeby pan ją ratował. Miał pan takie szczęście w oczach, kiedy na nią patrzył. Masz silną magiczną aurę, Thomasie.<br />- Skąd znasz...?<br />- Widać to po tobie - mówi dziewczyna, a mężczyzna dopiero słyszy, że głos jej czysty i mocny, i nie drży, chociaż w oczach czai się coraz większy chłód.<br />- Przepraszam.<br />Zrywa się wiatr i z drzew spadają lekko przegniłe liście. Kilka z nich wpada w jasne włosy kobiety. Wyciąga je niedbałym ruchem. Wstaje i obejmuje grubą, starą książkę z jaskrawoczerwonym motylem na okładce.<br />- Pomoże mi pan zakopać kałużę? To tak jakbyśmy wykopali Elisie grób.<br />- Ona miała na imię Elisa?<br />- Nie zauważył pan?<br /><br /><strong>2.</strong><br />Thomas czasami chce być mugolem.<br />Chce puszczać z córkami kaczki z kamieni w wielkim jeziorze, nie wiedzieć, że kiedyś był ktoś taki jak Voldemort i nie mieć ciążącej nad nim Przysięgi Wieczystej.<br />A czasami Thomas po prostu nigdy nie chce pamiętać swojego ojca, który nadal leży na oddziale dla psychicznie chorych. Niekiedy chciałby, żeby ojciec zostawił matkę i wyruszył do Ameryki Południowej.<br />Kiedy powietrze pachnie solą i piaskiem, Thomas zwykle dociera do jesionowego pomostu.<br />Już sama łódka wygląda groźnie - drewniana, mała, nie wzmacniana magią. Istnieje groźba utonięcia, a do tego trzeba samemu wiosłować spod samego domu, ale takie są ministerialne procedury. <br />Morze często jest niespokojne, a już szczególnie o wschodzie słońca, ale Thomas wiosłuje szybko, sprawnie, aż do utraty tchu, a czasem nawet się modli - do Boga, w którego nigdy nie wierzył.<br />A kiedy dopływa do Azkabanu słońce już jest wysoko na niebie, ale za to jest potwornie zimno - gorzej niż w środku zimy. Thomas otula się szczelniej płaszczem i próbuje rozruszać skostniałe palce. Potem wychodzi na brzeg, a tam wita go stary Tom, a Thomasa przeraża, że to on będzie kiedyś takim Tomem, starym i cuchnącym octem.<br />Elisa często pyta na czym właściwie polega jego praca.<br />- Musi być bardzo ciężka, skoro zabierasz aż tyle pieniędzy - mówi, patrząc na niego ze współczuciem.<br />Nie mówił jej, że jego praca jest w zasadzie bardzo prosta - musi iść do głównej komnaty, a tam zawsze stoi taca z kubkami czarnej kawy, jaką zwykł pijać jego ojciec, i koszyk z czerstwym chlebem.&nbsp; <br />Często stoi w drzwiach i patrzy na pierwszy wyjątek od prawa Gampa. <em>Cholera, dlaczego tego nie można po prostu zaczarować tak, aby pojawiło się w celach, choćby tak jak w Hogwarcie, nie wyczarowywać, a przenosić i...</em><br />- To przez te wszystkie procedury bezpieczeństwa - powiedział mu kiedyś ojciec, poklepując go po ramieniu. Thomas nienawidzi ojca, ale najbardziej nienawidzi słowa &quot;procedura&quot;.<br />I kiedy już na drżących nogach przemierza ciemne korytarze z filiżankami czarnej kawy, która pewnie marzy, żeby rozjaśnić ją choćby kroplą mleka, i chlebem twardym jak kamienie, stara się nie myśleć o niczym.<br />Patronus idzie obok niego posuwistym krokiem, rozświetlając pulsującym światłem zgniłą ciemność. Dementorzy odsuwają się lekko, ale Thomas czuje ich moc - przesiąkniętą zgnilizną i pachnącą ciemnością.<br />Żywe trupy wystawiają ręce między kratami.<br />- Jeść - mówią, ale nie muszą mówić. Zwierzęcy głód odbija się w ich oczach, pulsuje w żyłach na łysych czaszkach, cuchnie od ich niemytych ciał.<br />- Cofnąć się - mówi Thomas na granicy słyszalności. Może nikt nie słyszy, ale wszyscy się odsuwają - upadają pod ścianami we własnych wymiocinach, targają sobie włosy, wbijają paznokcie w ręce, ale nie potrzebują krwi, aby wzbudzić napływ endorfin do organizmu. <em>Jedzenie</em> - powtarzają nieskładnie i niepoprawnie, ale Thomas słyszał już to słowo tyle razy, że rozumie. I nie współczuje.<br />Mężczyzna jest jednym z niewielu, który wcale nie cieszy się tak bardzo z końca wojny - wraz z końcem maja 1998 do Azkabanu napłynęło mnóstwo więźniów. Tylko niektórym udało się uciec.<br />Thomas wciska kawę w ich błagające palce i patrzy na nich z odrazą - byłeś głupi i dałeś się złapać - mówią jego oczy. Bo w Azkabanie wszyscy są zwierzętami.<br /><br /><em>Dziewczynka przez łąkę biegnie<br />Rączką do słońca nie sięgnie<br />Kałuże sprawnie omija<br />Jaka jest Twoja prawdziwa dziewczyna?</em><br /><br /><br />Poznaje ją z daleka.<br />Znowu ma na sobie tę białą sukienkę i siedzi prosto, chociaż powinna drżeć z zimna. Brudne liście wpadają jej we włosy, a deszcz kapie na stronice wpółotwartej książki. W ustach ma czerwonego lizaka.<br />Jakieś dzieci wybuchają śmiechem, łapią się za małe rączki i biegną obsypaną liśćmi dróżką. Thomas mógłby dokładnie uchwycić moment, w którym depczą po kałuży zasypanej świeżą ziemią, ale szybko odwraca głowę i posuwistym krokiem idzie w stronę ławki. <br />Siada sztywno i kątem oka obserwuje książkę - równie starą, co ostatnio, ale tym razem okładkę zdobi złoty sfinks. <br />Thomas zamyka na chwilę oczy, kiedy czuje słodki zapach nasturcji i żonkili. Zastanawia się czy to tylko oryginalne perfumy, czy...<br />- Dlaczego na okładce tej książki namalowany jest sfinks? - pyta i, podobnie jak wczoraj, słowa same wymykają mu się z ust.<br />Dziewczyna śmieje się głośno, odchyla głowę do tyłu, a długie, jasne włosy spływają jej po ramionach. Otwiera książkę i wodzi palcem po literach.<br />- Nawet jak na ciebie jest to głupie pytanie - mówi, a Thomas zastanawia się czy przypadkiem nie chce go obrazić. - Sfinks mieszka w Egipcie.<br />Litery są ładne i równe, ale Thomas nie potrafi poskładać ich w zdania.<br />- W jakim języku...?<br />- Sfinks mieszka w Egipcie.<br />Słońce zachodzi za szarobure chmury, a gruby pan z dobroduszną twarzą zamyka budkę z watą cukrową. Dzieci przestają się śmiać, zakładają porozrzucane w piaskownicy płaszcze i wracają do domu. <br />A dziewczynka biegnie, wyciągając małe rączki do chmur - nie ma słońca, ale i tak jesteśmy cholernie szczęśliwe.<br />Thomas ma dość. Zrywa się z ławki, chwyta kobietę za rękę i razem biegną parkową alejką. Ona próbuje zarzucić sobie włosy na ramiona, a on czuje tylko jej dłoń w swojej dłoni i czuje się jak bohater taniego romansu.<br />Jesienny wiatr rozwiewa im włosy, a powietrze gęstnieje, staje się cięższe i zwiastuje burzę. Trawa jest nadal mokra i soczysta, więc ślizgają się na świeżej zieleni. Dziewczyna się śmieje - lizak wypada jej z ust, a za książką unosi się smuga kurzu. To musi być magiczna książka.<br />I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że ona ma dziewiętnaście lat, a on czterdzieści pięć - kości w krzyżu strzykają głośno, a płuca nie nadążają z dostarczaniem tlenu.<br />Po chwili już siedzą na mokrej, zimnej trawie - jest im niewygodnie, ale osiągnęli cel - byle dalej, byle dalej, bo tam jest kałuża przysypana świeżą ziemią.<br />- Pana coś gnębi. Coś strasznego - nie jest to wojna, nie jestem to ja, nie jest to nawet Elisa - mówi bardzo cicho dziewczyna, mimo to jej głos nie ginie wśród szumu wiatru.<br />- Ty wiesz o mnie wszystko, prawda? - mówi Thomas i odsuwa się od niej. Powoli wstaje i podchodzi do niedużego stawu. Gdyby był młodszy, zdjąłby buty, skarpetki i zamoczył nogi w tym przyjemnym chłodzie, nie bacząc, że grozi to zapaleniem płuc. - Może obserwowałaś mnie od tygodni, śledziłaś w drodze do domu, może wyczarowałaś we mnie postać Elisy, może była tylko urojeniem.<br />- A poczułby się pan lepiej, gdyby naprawdę tak było?<br />- A może to ty jesteś urojeniem?<br />Dziewczynka biegnie parkową dróżką, wpada do kałuży, brudząc sobie sukienkę, a buciki jej przemakają. I jeszcze raz, cofa się i jeszcze. Powietrze pachnie wyziewem z rur samochodowych, a dziewczynka wyciąga rączki do słońca.<br /><br /><strong>3.</strong><br />Elisa budzi się zawsze, kiedy paznokcie męża wbijają jej się w skórę.<br />Kiedy czuje ucisk na pograniczu bólu, kiedy słyszy chrapliwy oddech męża &#8211; oddech rzężący jak sześćdziesięciolatka, a nie mężczyzny w średnim wieku. Elisa ma w nozdrzach jego zapach zmieszany ze słodko-kwaśną wonią świeżych pomarańczy. Wie, że twarz męża oświetlają pierwsze promienie słońca, a włosy ma jak zwykle rozczochrane. Nie musi otwierać oczu, żeby widzieć to wszystko. Dla Thomasa udaje, że śpi.<br />Potem słyszy jego kroki &#8211; z pokoju do kuchni, z kuchni do pokoju dzieci, do piwnicy, na strych, byleby tylko opóźnić wyjście do pracy. Czasem uchyla zaspane powieki, żeby zobaczyć skrawek płaszcza i misia, trzymanego przez Thomasa za naderwaną nóżkę. Gdy w końcu mąż wychodzi, chłodne, rześkie powietrze wpada, aż do ich sypialni, a Elisa słyszy ujadanie psa. <br />Kiedy mąż wychodzi, kobiecie robi się zimno, więc nakrywa się po uszy puchową kołdrą i zasypia.<br />Dwie godziny później zrywa się z łóżka i biegnie do kuchni &#8211; wyciera plamy z mleka lub sok pomarańczowy, i zabiera się za robienie śniadania. Kroi szybko, czasem przecinając sobie opuszki palców i krew płynie po sterylnie wyczyszczonym bracie. Ale Elisa wzrusza ramionami &#8211; palec szczypie, a kobieta wodzi wzrokiem za ostrymi konturami Azkabanu, majaczącymi w oddali. Wtedy zwykle zbiegają córeczki &#8211; rześkie i roześmiane, kłócąc się o misia z naderwaną nóżką. Jakby nie miały lepszych zabawek, o które mogłyby się sprzeczać.<br />I przyjeżdża nauczycielka, pachnąca pergaminem i ciepłą kawą. Zabiera córki Elisy i Thomasa na górę, gdzie odbywają się zajęcia. Dziewczynki wstają niechętnie, nie chcąc porzucić mamy w kolorowym fartuchu i misia z naderwaną nóżką, ale Elisa jest nieubłagana &#8211; w końcu przed Hogwartem dziewczynki muszą nauczyć się języka, matematyki i geografii.<br />Kobieta często marzy o wyprowadzce &#8211; na inny kontynent, do innego świata czy choćby w głąb Anglii &#8211; byle daleko od morza. Nigdy jednak nie odważyła się powiedzieć o tym Thomasowi &#8211; wiedziała, że nic nie może poradzić na Przysięgę Wieczystą. Kiedy o tym myślała, czasami wybuchała w niej nienawiść do ojca męża &#8211; szklanki sypały się na podłogę, a fartuch zalewał się gorącą herbatą.<br />Kiedy Elisa wychodziła za Thomasa, był on szczęśliwym, cudownym mężczyzną &#8211; bez zmartwień w postaci ostrych konturów wieży, widocznej z przybrzeża. Uwili sobie gniazdko na pobrzeżach Londynu, w tej bardziej dzikiej części. Dawali sobie radę z życiem &#8211; z niemożnością znalezienia pracy, z problemami ze zdrowiem Thomasa po tym jak go postrzelili. Dali sobie radę nawet z poronieniem Elisy. I byli, cholera, szczęśliwi, dopóki ten palant nie postanowił oszaleć i obarczyć syna najgorszą pracą na świecie.<br />Kobieta kocha męża &#8211; nie otwiera oczu, nawet kiedy paznokcie wbijają się do krwi i kładzie zawsze szklankę mleka przed drzwiami, żeby Thomas późnym wieczorem nie sięgnął po alkohol.<br />Elisa stara się rozumieć jego szaleństwa &#8211; wbijanie paznokcie w przeguby jej rąk, jedzenie pomarańczy o świcie i nawet wdychanie oregano &#8211; ale poczuła ogromny niepokój, kiedy Thomas zaczął wracać jeszcze później. I ten niepokój nie opuścił kobiety &#8211; tli się gdzieś w środku, a czasem napływa myśl, że mąż ją zdradza. Po prawie dwudziestu latach małżeństwa. <br />Bo kiedy mąż wraca późno ma na twarzy uśmiech &#8211; a przecież po powrocie z Azkabanu ciężko jest się chociaż sztucznie zaśmiać. A kiedy kładzie się obok niej późną nocą, po piętnastominutowym prysznicu, zasypia od razu i nie śnią mu się koszmary. Na domiar tego za każdym razem pachnie innymi kwiatami. <br />Elisa nie wie, co o tym myśleć.<br /><br /><br />Nie widzi jej.<br />Chociaż nigdy się nie umawiali był pewien, że znów zobaczy zwiewną sukienkę, jasne włosy i książkę z wymyślnym wzorkiem. <br />- Wiesz co? Masz piękną, mądrą żonę, dwójkę ślicznych dziewczynek i perspektywę wspaniałego życia. Tylko dlaczego wydaje mi się, że kilka dni temu się zakochałeś? - spytał go wczoraj najlepszy przyjaciel. Thomas nie odpowiedział, tylko wraz z nim upił się niemal do nieprzytomności. Elisa była wściekła.<br />Thomas powoli podchodzi do niepozornej, brudnej ławki, która w tak krótkim czasie stała się ich ławką. Odgarnia ręką mokre, przegniłe liście i przejeżdża dłonią po drewnie - czuje chropowatą powierzchnię, lekkie wgniecenia od wilgoci i nierówno położoną farbę. Przypomina mu się dzień, w którym dostał niebieski, ręcznie robiony samolocik.<br />- Widzisz, synu? Musisz tylko użyć specjalnego zaklęcia, a zabawka uniesie się w powietrze! - To były takie chwile, kiedy ojciec Thomasa był kochanym ojcem, kiedy zmarszczki wokół oczu się wygładzały, kiedy nieznaczny uśmiech sięgał oczu.<br />Mężczyzna pochyla się mocniej, niemal dotykając nosem powierzchni ławki i czuje zapach mokrych liści, litego drewna i mlecznej bułki. Wstaje, czując się trochę jak szaleniec, ale wie, ma pewność, że ona gdzieś tu jest. Wywęszył kobietę po zapachu, niczym jakiś pieprzony detektyw. Jego przyjaciel nazwałby to kryzysem wieku średniego.<br />- Za dużo myślisz. - Zza drzewa dobiega go cichy głos, a po chwili na trawie staje bosa dziewczyna. Wygląda na jeszcze młodszą niż zazwyczaj. <br />Thomas czuje, że coś się wydarzyło - dziewczyna nie ma książki ani z jaskrawoczerwonym motylem, ani ze sfinksem na okładce, a w ustach nie ma czerwonego lizaka. Już nie jest jego dziewczyną.<br />- Możemy zacząć jeszcze raz? - pyta Thomas, nie zdążywszy zapanować nad słowami.<br />- Jeżeli chcesz zapytać, jak mam na imię, zapytaj. - Uśmiecha się i siada na mokrych liściach. Wygląda bardzo delikatnie, jakby każdy najmniejszy dotyk mógłby ją uszkodzić, jakby najmniejsze dotknięcie paznokci miało zagłębić się w kreskach zbyt prostych, zbyt jasnych i równych, aby mogły powstać przez mugoli. <br />- Jak masz na imię?<br />- A nie widać?<br />Mężczyzna uśmiecha się szeroko, patrzy z góry na tę niewysoką postać w luźnej sukience i robi to, co powinien zrobić już dawno - ściąga z siebie jesienny płaszcz i okrywa jej zziębnięte ramiona. <br />Niebo zachodzi brunatnymi chmurami, park zatapia się w ciemności, a Thomas zaczyna mówić.<br />Najpierw siedzi na ławce, ale potem nie wytrzymuje i zaczyna chodzić - od kałuży do ławki, od trawnika do piaskownicy i z powrotem, byle tylko nie stracić jej z oczu. <br />Opowiada o Elisie i cudownych córkach, mówi o ojcu, co zawsze pachniał starością, a tylko czasem uśmiech sięgał mu oczu, spowiada się z całego życia, nie wiedząc nawet dlaczego.<br />Być może później zastanowi się, czy to mu się wszystko śniło - czy może tak naprawdę nigdy nie było jasnowłosej dziewczyny, pachnącej kwiatami, że nigdy nie było wojennego dziecka, które widziało śmierć małej dziewczynki już w wolnym kraju. Czy może tak naprawdę nie istnieje kobieta, kochająca czytać książki i siadająca na ławce w mugolskim parku.<br />Zewsząd napływa spokojne, nocne powietrze, przesycone wiosennymi kwiatami, kiedy Thomas opowiada o Azkabanie - o strachu goniącym go aż do domu, o szaleństwie w postaci soku z pomarańczy i aromatycznych przypraw, o Przysiędze Wieczystej, której nie można odwołać, bo ojciec leży w szpitalu psychiatrycznym.<br />Nagle się zacina i wie, że nie opowie już nic więcej. Wtedy dziewczyna chwyta go za rękę i zaprowadza do kawiarni na mleko, pomarańcze i ciepłe naleśniki.<br />- Kim ty w ogóle jesteś? - pyta Thomas, ignorując pomysł, aby zapytać siedzącą nieopodal staruszkę, czy widzi tę kobietę. - Aniołem? Urojeniem? A może niedojrzałą pannicą, która od wielu miesięcy śledzi podstarzałego faceta? Nieszczęśliwie zakochaną, a za to rozkochującą w sobie czterdziestoletnich mężczyzn?<br />Kobieta przygląda mu się z zainteresowaniem. Bierze do ust cząstkę pomarańczy, a trochę soku spływa jej po brodzie.<br />- A kochasz mnie?<br />Thomas krztusi się naleśnikiem.<br />- Mogę być kimś, a mogę być nikim. Ważne jest, kim jestem dla ciebie. No, więc?<br />W kawiarni panuje półmrok. W mdłym świetle świec twarz dziewczyny wygląda na poranioną. A może tak jest naprawdę? Może mrok i świece odkrywają zaklęcie maskujące?<br />- Ty wiesz, prawda? Pojawiłaś się znikąd, a wiedziałaś od początku. Wiesz, że teraz pójdę do żony, powiem, że ją kocham, chociaż nigdy nie byłem romantykiem, a potem każę jej i dziewczynkom się spakować, prawda? A potem wyjedziemy gdzieś daleko - może na południe Francji, na Lazurowe Wybrzeże, a może do urokliwej Barcelony? A wiesz, że już mam gdzieś Przysięgę Wieczystą i przez ciebie umrę? A moje kochane córeczki być może będą patrzeć na tę śmierć w męczarniach?<br />- Codziennie przeżywasz śmierć w męczarniach.<br />Dziewczyna wstaje, kładzie na stoliku galeona i oddaje Thomasowi płaszcz. Mężczyzna ze znużeniem zauważa, że jest przesycony kwiatowym zapachem.<br />- Więc to koniec?<br />- Zależy jak na to spojrzeć. - Uśmiecha się delikatnie i ulotnie muska palce mężczyzny.<br />- Powiedz mi chociaż, czy mam rację. Twoje imię zaczyna się na literę &quot;L&quot;, tak?<br />Ściska jego rękę i szybko wychodzi, Thomas próbuje wybiec za nią, ale drogę zastępuje mu staruszka. Odpycha ją szybko, ale dziewczyna jest już za daleko - biegnie za szybko, Thomas nie ma szans jej dogonić. Widzi tylko jasne włosy i sukienkę nieco zbyt podwiniętą.<br />Cieszy się, że odeszła.<br />Jeszcze chwila, a jasna sukienka byłaby cała w soku z pomarańczy i tłustych naleśnikach, a ze stolika pospadałyby wszystkie filiżanki.<br /><br /><br /><strong>Epilog</strong><br />Minęło dziesięć lat.<br />Deszcz zmył farbę z ławki i zostało tylko stare drewno. Zardzewiała huśtawka, potem karuzela, a później plac zabaw przeniesiono w odległy kraniec Londynu.<br />Kobieta ma męża i, choć nie może mieć dzieci, jest szczęśliwa.<br />Czasem przychodzi usiąść na ławce, której mugole już nie mogą zobaczyć, bo dawno zrównaliby ją z ziemią.<br />Przejeżdża dłonią po starym drewnie i wciąż czuje blask dawnej świetności - błękitną farbę, tylko gdzieniegdzie poprzetykaną szkłem i chropowatą powierzchnię.<br />Wciąga nosem powietrze i czuje zapach kwiatów.<br />Nie wie, co się stało z Thomasem. Nie obserwowała go - to był tylko jego wybór.<br />Niekiedy trochę żałuje.<br />Kobieta nie wie, jak to się skończyło, ale wierzy, że wtedy postąpiła słusznie - że wyczarowana dziewczynka była dla Thomasa uosobieniem dziecka, które jego żona poroniła, i czar coś zmienił w jego życiu.<br />Ale czasem widzi brunetkę w czerwonej kurtce, szybkim krokiem przemierzającą Londyn, z aurą o imieniu &quot;Elisa&quot;, a wtedy nie wie, czy wszystko skończyło się dobrze.<br />Czasem przychodzi usiąść na ławce, a wtedy ubiera tę jasną sukienkę. Na kolanach ma książkę z jaskrawoczerwonym motylem na okładce i patrzy w niebo.]]></description>
<pubDate>Wtorek 6 Lipiec</pubDate>
<comments>Wtorek 6 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=80#p80</link>
<guid isPermaLink="false">80@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[To jeden z tekstów, które najdłużej czekały na publikację po pojedynku. Turniej na Exlibrisie odbył się na początku kwietnia. Chciałabym serdecznie podziękować <strong>Wilczycy</strong> i <strong>Mrs. Devill</strong>, za obiektywne opinie. Wyrazy wdzięczności należą się również <strong>Zoe</strong>, która poświęciła mi naprawdę dużo czasu poprawiając błędy i inne niedociągnięcia oraz odpowiadając na moje dziwne pytania. I jak zwykle &#8211; pewnie nie było by tutaj &#8222;Kiedyś&#8221;, gdyby nie pewna osoba, która potrafi wyciągnąć mojego Chcieja z szafy i Wena spod łóżka. Tak, to o Tobie <strong>Matyldziu</strong>.<br />I jeszcze coś &#8211; nie tylko Złoty Chłopiec nosi blizny.<br /><br /><strong>Kiedyś</strong><br /><br /><em>Kiedyś byłaś małą dziewczynką.</em><br /><br /><br /><br />Słońce zawsze świeciło jasno, a białe, pierzaste chmury ścigały się po sobie tylko znanych torach. Nie miałaś trudności w odnalezieniu w ich kształtach fantastycznych stworzeń. Najbardziej cieszyłaś się, gdy wygrywał żółw a nie zając. Biały puch był zawsze tak wspaniale podatny na siłę wyobraźni! Leżałaś w trawie, zupełnie nie przejmując się zielonymi plamami na sukience. Wystawiałaś twarz do słońca, przymykając oczy i oglądając świat zza firanki rzęs. Był tak inny, roziskrzony, przymglony i po prostu piękny. Miałaś swoją ulubioną łąkę i ulubione drzewa, a zasłuchana w śpiew ptaków, traciłaś poczucie czasu.<br /><br />Kiedyś dostałaś od ojca wspaniały żółto-fioletowy latawiec. Przez całe lato biegałaś boso po trawie, w małych rączkach trzymając sznurek. A do wyścigu chmur dołączał papierowy kwiat na sznurku. Miałaś chmurę w dłoni, trzymałaś linkę, która była twoim łącznikiem z niebem.<br /><br />Nawet gdy padał deszcz, dla ciebie słońce zawsze świeciło jasno, a wieczorami oswojone cienie błądziły po pokoju, skradając się i poszukując nieznanego. Potrafiłaś zawsze znaleźć coś niezwykłego, nawet w cichym domu. Zastygałaś w bezruchu, wpatrując się w unoszący się w powietrzu kurz &#8211; migotliwe, jasne i tak bardzo ulotne drobiny. Dostrzegałaś w nich więcej kolorów niż przeciętny człowiek w tęczy.<br /><br />Po deszczu zawsze pojawiała się tęcza. Gdy tylko deszcz ustawał, wychodziłaś z domu by znaleźć jej początek. Nie chciałaś pieniędzy, bogactw, które podobno można było zdobyć na jej drugim końcu. Nie, kusiło cię coś innego. Może wtedy spełniłyby się wszystkie twoje marzenia? Nie było ich wiele, chciałaś tylko przyjaciela.<br /><br />Taka wędrówka musiałaby być bardzo długa, w końcu nie można tak łatwo znaleźć przyjaciela. Twoje małe nóżki biegły szybko, a woda z&nbsp; kałuż rozbryzgiwała się&nbsp; pod stopami. Byłaś tylko małą dziewczynką, dlatego prędzej czy później wracałaś do domu, a myśl zaczynająca się od słów <em>Jak będę duża!</em> szybko się rozmywała. W drodze powrotnej widziałaś kwiaty cieszące się z każdej kropli deszcz oraz&nbsp; ich radość, czułaś ten&nbsp; specyficzny zapach, wyczuwalny tylko w momentach, gdy byłaś szczęśliwa. Dotykałaś dłońmi mokrej kory drzew i zaglądałaś w kałuże, w których odbijało się niebo i ty. Wracałaś zawsze powoli, prawie tańcząc, mówiąc sobie: <em>To nic</em><br /><br />Twoja matka miała w swoim gabinecie zegar, którego nie lubiłaś. Mama też za nim nie przepadała, ale czasem stawała się jego niewolnicą. To były momenty, gdy chciała być za wszelką cenę dobrą matką, a nie tą wariatką, o której mówi się z przymrużeniem oka. Wtedy musiałaś siadać przy stole o określonej godzinie i wracać z ulubionej polany przed ogłoszeniem zwycięzcy niebieskiego wyścigu. Na szczęście mama pozwalała panować nad sobą zegarowi bardzo rzadko. Sama też nie potrafiła odnaleźć się w czasie, dla niej godziny i minuty nie miały większego znaczenia.<br /><br />Nie miałaś zabawek. Drewniane pieski i kotki lub lalki z kordonka albo porcelany nigdy nie pojawiły się w twoim pokoju. Czasem widywałaś w sklepowych witrynach na Pokątnej wspaniałe lalki, ubrane w skrzące się szaty, z różdżkami w dłoniach. Nie podobały ci się ich sztuczne, zbyt regularne loki w kolorze czystego złota. Ale najbardziej przerażające wydawały ci się szklane oczy wpatrzone w jeden punkt; niewidzące, a mimo to uśmiechające się do Niewiadomokogo. Obserwowałaś dziewczynki obdarowywane lalkami i nie mogłaś pojąc, dlaczego tak się z nich cieszą. A potem widziałaś, jak na ich dziecięcych&nbsp; różowych wargach pojawia się taki sam przykry uśmiech, jak ten na drobnych, czerwonych usteczkach z porcelany. I wyobrażałaś sobie, jak te dziewczynki wracają do domu, idą do swoich pokoi z lalką po pachą i zamykają cichutko drzwi. Bo na dole śpi tata, zmęczony po pracy, a mama jest zajęta. Jak najszybciej odwracałaś wzrok od wystawy i mocno zaciskałaś palce na dłoni mamy. Wracałyście do domu, by usiąść na werandzie i pleść wianki z kwiatów, albo otulić się kocem i popijać ciepłe kakao.<br /><br />Wieczory spędzałaś z matką pachnącą magią i wybuchami. Przez długi czas nie potrafiłaś nazwać tego szczególnego zapachu, który jednoznacznie kojarzył ci się tylko z nią. I z wybuchem. Matka nigdy ci nie czytała bajek &#8211; nie musiała, słowa płynęły prosto z jej wyobraźni. Każda opowieść była snuta w świetle świecy w twoim pokoju, tylko dla ciebie. Twoje prywatne smoki, wróżki i gadające zwierzęta, których potem szukałaś całymi dniami. <br /><br />Tata rzadko bywał w domu. Co jakiś czas wracał z kolejnych wypraw z torbą pełną prezentów i uśmiechem na ustach. To wtedy właśnie uczyłaś się znaczenia słowa miłość. Nie widziałaś nigdy złości na twarzy matki, nie słyszałaś ich kłótni. Wiedziałaś, że wystarczyłoby jedno proste wyciszające zaklęcie i nic byś nie usłyszała, ale twoje życie było jak bajka spływająca z ust matki. A przecież król zawsze kocha królową. A księżniczka szuka takiego rycerza, który <em>ukocha</em> ją tak samo. <br /><br /><br /><br /><em>Teraz, teraz nie istnieje.</em><br /><br /><br /><br />Śnisz, wtulasz się w poduszkę, robisz wszystko by nie słyszeć. Nawet, jeśli dźwięk nie istnieje. Nawet, gdy gdzieś, kiedyś już dawno ucichły krzyki, zbladły barwne płomienie. Pamiętasz, chociaż nie chcesz. Już nie potrafisz śnić tak jak kiedyś. Teraz noce pełne są złych odgłosów, odległych przekleństw i krzyków konających. Kiedyś, kiedyś...<br /><br />Gdzieś się zgubiłaś, dziecko...<br /><br /><br /><br /><em>Kiedyś znów będziesz małą dziewczynką.</em><br /><br /><br /><br />Słońce będzie świecić jasno, a żółw utkany z pierzastej chmury przegoni zająca. Przyprowadzisz ukochanego na swoją ulubioną łąkę, pokażesz drzewa, które tak bardzo się zmieniły. Potem położycie się wygodnie na trawie, wpatrując się w niebo zmrużonymi oczami i splatając delikatnie palce.<br /><br />Będziesz śmiała się głośno, biegnąc w deszczu do domu, a wasze buty będą rozchlapywać więcej wody, niż to zapamiętałaś z dzieciństwa. Gdy już się wysuszycie, zdasz sobie sprawę, że pojawiła się tęcza. Złapiesz jego dłoń i zaciągniesz go do okna. On oprze brodę na twoim ramieniu, ale nie będzie patrzył w niebo. Zamiast tego wtuli twarz w twoje włosy, a ty jakimś cudem nie będziesz miała ochoty wybiec, by szukać drugiego końca tęczy.<br /><br />Kiedyś poczęstujesz go winem, a on przyniesie ci kwiaty. Żółte róże, które ci się nie spodobają. Przypomnisz sobie usłyszane kiedyś od matki <em>Nie wszyscy rozumieją kwiaty, Luniu</em>. Popatrzysz na niego i odnajdziesz w jego twarzy to, czego nie dopowie bukiet. Wyszepczesz zaklęcie i kwiaty staną się różowe, a czas przestanie mieć znaczenie. Usiądziecie przy kominku, zapatrzeni w ogień. Może opowiesz bajki, które tym razem będą dla was, nie tylko dla ciebie.Wtedy nie będziesz myślała o przyszłości, bo <em>teraz</em> po raz pierwszy od dłuższego czasu ci się spodoba. <br /><br />Wskażesz mu kształty w chmurach i cieniach. Zachwycisz maleńkimi drobinami kurzu w powietrzu. Nauczysz wypowiadać swoje imię w ten jedyny sposób. Sprawisz, że cię <em>ukocha.</em> <br /><br />Kiedyś w twoim domu nie będzie lalek o pustym szklanym spojrzeniu, nie będzie książek z baśniami ani zaklęć wyciszających.<br /><br /><br /><br />Mowa kwiatów na <a href="http://www.euro-kwiat.pl/?cv=znaczenie" target="_blank" rel="nofollow">tej</a> stronie.]]></description>
<pubDate>Wtorek 6 Lipiec</pubDate>
<comments>Wtorek 6 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=79#p79</link>
<guid isPermaLink="false">79@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[<blockquote><div class="incqbox">Harry, zabiję cię, jeśli przez nich zginiemy!</div></blockquote>]]></description>
<pubDate>Niedziela 4 Lipiec</pubDate>
<comments>Niedziela 4 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=78#p78</link>
<guid isPermaLink="false">78@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Oczywiście, ze tak. Twoja kolej!]]></description>
<pubDate>Sobota 3 Lipiec</pubDate>
<comments>Sobota 3 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=77#p77</link>
<guid isPermaLink="false">77@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Czołem!<br /><br />Jestem Binia. Coś o sobie? Hmmm, ciężko jest mi coś napisać. Lubię czytać, szczególnie fantasty oraz FF głównie ze świata HP, jestem okropnym leniuchem, z łóżka najchętniej bym w ogóle nie wychodziła. Chodzę do LO do klasy matematyczno-informatycznej, także umysł ścisły ze mnie. Oprócz czytania uwielbiam fizykę oraz język niemiecki. Hobby? Nałogowo tłumaczę niemieckie piosenki, ale za to do przetłumaczenia FF się jakoś nie mogę zabrać. Do moich ulubionych miejsc można zaliczyć każdą Bibliotekę oraz empik. Nie jestem zbyt miłą osobą, szybko i często się obrażam, choć staram się na tym panować. Bywam wredna, ale miła również. Jak mam gorszy dzień, to bez kija nie podchodź. Nałogowo również używam powitania Czołem! Uff, to już chyba na tyle bo nie wiem co jeszcze o sobie napisać.]]></description>
<pubDate>PiĹĄtek 2 Lipiec</pubDate>
<comments>PiĹĄtek 2 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title>Pomocne linki</title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=76#p76</link>
<guid isPermaLink="false">76@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Ja polecam słownik <strong>niemiecko</strong>-polski i polsko-niemiecki<br /><a href="http://www.dep.pl" target="_blank" rel="nofollow">www.dep.pl</a>]]></description>
<pubDate>PiĹĄtek 2 Lipiec</pubDate>
<comments>PiĹĄtek 2 Lipiec</comments>
</item>
<item>
<title></title>
<link>http://www.weasleys.pun.pl/viewtopic.php?pid=75#p75</link>
<guid isPermaLink="false">75@http://www.weasleys.pun.pl</guid>
<description><![CDATA[Był to Sir Cadogan, trzeci tom, Harry Hermiona i Ron szukali klasy wróżbiarstwa, strona 108, rozdział &quot;Szpony i fusy&quot;]]></description>
<pubDate>PiĹĄtek 2 Lipiec</pubDate>
<comments>PiĹĄtek 2 Lipiec</comments>
</item>
</channel>
</rss>
